MUSICALOWE ROZMOWY V

Multiinstrumentalistka, wokalistka, tancerka, aranżerka.
Obecnie gra w spektaklu „Once”.
Przed Wami Pani Oliwia Kędziora!
Wywiad z nią przeprowadziła Magda – ogromnie dziękuję!

Czy w dzieciństwie marzyła Pani o zawodzie aktora?
Marzyłam bardzo, ale moje marzenia były rozdzielone pomiędzy tańcem, graniem, śpiewaniem i właśnie aktorstwem. Edukację rozpoczęłam w szkole muzycznej w Bytomiu. Tak się zaczęła moja przygoda. W międzyczasie chodziłam do ogniska baletowego do Szkoły baletowej oraz do Gliwickiego Teatru Muzycznego Junior, studia musicalowego. Dlatego gdzieś tam te pasje się przeplatały.

Czy ktoś zachęcił, zainspirował Panią do pracy w zawodzie aktora?
Angelina Jolie. Jest to osoba, którą bardzo cenię. Podoba mi się jej droga życiowa. Nie chodzi tylko o grę czy życie, o którym pewnie wiemy i tak stosunkowo mało, nigdy nie dowiemy się faktów i tego smutnego, szarego aspektu. Natomiast jej cała działalność, to, że aktorzy mogą działać charytatywnie, pomagać, promować swoją postawą jakieś wartości. To gdzieś tam mnie przekonywało i wiedziałam, że chciałabym, aby moja droga wyglądała podobnie.

Ile Pani miała lat, gdy po raz pierwszy zetknęła się z profesjonalną sceną?
Szkoły muzycznej nie mogę nazwać profesjonalną sceną, aczkolwiek praktycznie od 7 roku życia występowałam przed dużą publicznością. Jeśli chodzi o musical, to miałam 12 lat. Wystawialiśmy wtedy pierwszy musical w GTMJ przy pełnej sali, w tym mojej rodzinie i znajomymi, przed którymi, proszę mi wierzyć, występuje się najgorzej.

Jak Pani się czuje będąc częścią Teatru Muzycznego ROMA, obchodzącego w tym roku swoje 20-lecie?
Fantastycznie. To było w ogóle moje wielkie marzenie bardziej w aspekcie muzycznym, bo jednak w tym środowisku obracałam się najpierw. Mówiło się o poziomie, o wspaniałych produkcjach, które tutaj powstają, że naprawdę warto byłoby tu kiedyś przyjechać i to zobaczyć, a być może zagrać, uczestniczyć. Od dziecka miałam z tyłu głowy istnienie takiego teatru. Mój pierwszy kontakt z Romą był, kiedy pojawiłam się na spektaklu „Deszczowa piosenka”. Z perspektywy widza zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zaczęłam wtedy rozmyślać o możliwościach zagrania w spektaklach. Liczyłam, że kiedyś uda się podejść od tej drugiej strony i wejść do swojej pracy. Później parę razy mieliśmy okazję występować w Teatrze ROMA jeszcze z Filharmonią Dowcipu Waldemara Malickiego. Fajnie oczywiście spędzić tam jeden dzień, ale to jest nieporównywalne z tym, gdy przygotowuje się premierę i teatr na chwilę staje się drugim domem. Spędza się tam praktycznie każdy dzień od rana do wieczora. Siedzi się z tymi ludźmi, ze wspaniałymi Paniami z bufetu, które kocham i bardzo serdecznie pozdrawiam. Atmosfera, klimat, garderoby, make-upy, kostiumy – chciałabym je zapisać w pamięci, połączone z emocjami, zapachami, ze wszystkim, co miało miejsce dookoła.

Czy jest jeszcze stres przed spektaklami?
Jest, zawsze. To mi powtarzali rodzice i sama doświadczyłam: jak minie stres to znaczy, że trzeba kończyć z tym zawodem.

Trudno łączy się aktorstwo, śpiew, taniec i grę na instrumencie?
To jest w ogóle masakra. (śmiech) Nie ukrywam, bo to wygląda bardzo przyjemnie, my się wszyscy uśmiechamy i sprawiamy wrażenie: ,,Ach, gram sobie z przyjemności”. Przede wszystkim nauka gry na instrumencie trwa 12 do 17 lat. Na skrzypcach, altówce i innych instrumentach smyczkowych nie ma progów. Dlatego pomimo wieloletniej edukacji trzeba być bardzo czujnym jeżeli chodzi o intonację. Czy słyszymy, czy dźwięk jest niżej, za wysoko, za nisko, bo powinien być dokładnie w danym miejscu. Przy tym potrzebna jest wielka uwaga w prowadzeniu smyczka, należy to cały czas kontrolować. Natomiast w momencie, w którym musimy jeszcze używać innego obszaru mózgu odpowiedzialnego za poruszanie się, przestrzeń, świadomość równowagi, postawy oraz wiedzieć, jakie są kolejne kroki do wykonania, zagrać ciałem – bo przecież widz cały czas na nas patrzy, więc nie możemy wyjść ze swojej emocji, intencji – jest to trudne. Na początku, naprawdę uważam, że wyglądaliśmy jak stado paralitów. Myślę, że każdy z moich kolegów grających w musicalu ,,Once” nie obraziłby się, tylko by to potwierdził. Mam nadzieję, że nie ma filmików archiwalnych. (śmiech) To było prześmieszne! (śmiech) Każdy z nas jest wykształcony, nie pozwalał sobie gdzieś tam na publiczne obnażanie swoich, aż takich, nieumiejętności. A tu okazało się, że połączenie tego jest bardzo trudne. Trzeba było to po prostu troszkę odseparować. Najpierw nauczyć się doskonale grania, żeby zacząć robić to automatycznie, później popracować nad ruchem. Takie były etapy.

Czym jest dla Pani teatr?
Spełnieniem marzeń, sercem, siłą napędową do działania, czymś co zawsze powinno istnieć i nigdy, mam nadzieję, nie zostanie wyparte przez multimedia, fantastyczne filmy np. na Netflixie (śmiech). Chciałabym, aby teatr był w sercach i żeby ludzie tam chodzili. Tego się nie da niczym zastąpić. Mało tego, moja mama jest wokalistką jazzową i miała dwie role w Gliwickim Teatrze Muzycznym, w musicalach pod tytułem ,,Zorba” i ,,Chicago”. Myślę, że bardzo ważnym aspektem jest to, że w teatrze spędziłam całe dzieciństwo. Rodzice nie mogli mnie nigdzie zostawić, bo tata grał na saksofonie w orkiestronie. Siedziałam pod opieką pani w budce suflera.  Wystawiałam nogę na scenę, bo tak bardzo chciałam się na niej znaleźć. Pani – ówczesna ciocia Jagoda, była podirytowana, ale nie mogła mnie upilnować, jednocześnie śledząc tekst. To moje dzieciństwo! Rekwizyty, kostiumy – naprawdę, wszystko co najlepsze!

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Będzie ciężko… Na pierwszym miejscu na pewno ,,Dzwonnik z Notre-Dame”. Drugie miejsce – ,,Koty”, a trzecie, pozwolę sobie wrócić do nastoletnich umiłowań – ,,High School Musical”. (śmiech) Zdecydowanie wszystkie piosenki mam w głowie do dzisiaj.

Dziękuję

Dodaj komentarz