ROZMOWY MUSICALOWE VI

Drogi Czytelniku!
Przed Tobą mój pierwszy wywiad, który przeprowadziłam na żywo.

Moim rozmówcą był Rafał Supiński!!!

Zanim przejdziesz do lektury, zapoznaj się z fragmentem biografii tego aktora 🙂

Absolwent Państwowej Wyższej Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie. Edukację kontynuował w Czechach na Janačkova Akademie Muzickych Uměni w Brnie. Obecnie student Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie na Wydziale Wokalno-Aktorskim. Dwukrotny stypendysta Małopolskiej Fundacji „Sapere Auso” (za szczególne osiągnięcia artystyczne) oraz stypendysta Fundacji im. Z. i W. Pokusów Wspierania Edukacji Młodzieży Wiejskiej.
źródło

Czy w dzieciństwie marzyłeś o zawodzie aktora?
W dzieciństwie chyba nie marzyłem o zawodzie aktora. Byłem dzieckiem szalonym, biegałem, skakałem itd. Wychowywałem się u dziadków na wsi i uwielbiałem nocą patrzeć w gwiazdy. Uwielbiałem te połacie natury, te pola, te przestrzenie – to mnie gdzieś tam wewnętrznie inspirowało.
W międzyczasie oglądałem różnego rodzaju filmy. Kiedyś były takie niedzielne programy familijne. Oprócz „Teleranka” były też muzyczne typu „Dźwięki muzyki” czy „Ulica Sezamkowa”. Pamiętam, że była jakaś wytyczona godzina w telewizji. Takie obcowanie z muzyką ze śpiewem i tańcem spowodowało, że gdzieś tam wewnętrznie pracowało to we mnie i tyle, jeżeli chodzi o moje dzieciństwo (uśmiech).

Czy była taka osoba, która zachęciła/ zainspirowała Cię do zawodu aktora?
Hmmm, mogę powiedzieć o jednej osobie — pani Ewa Jakubaszek, animatorka i prowadząca grupę teatralną w WOAK-u w Białymstoku. To było już w liceum, kiedy chciałem zdawać do szkoły teatralnej. Marzyłem o tym. Wtedy poznałem panią Ewę, przyjeżdżałem do niej, żeby porozmawiać, poszukać różnego rodzaju tekstów na egzaminy. Wiecie, co było najciekawsze? Nie wybrałem z nią ani jednego tekstu, ale rozmawialiśmy o sztuce, o życiu, o poglądach… Myślę, że to ona miała wpływ na to, że chęć bycia aktorem była coraz większa. Pani Jakubaszek zachęciła mnie także do zadawania pytań, do poszukiwania prawdy scenicznej. Ilekroć do niej przyjeżdżałem nastawiony na pracę, mówiłem: „Dobrze, no to co? Teraz jakiś tekst może znajdziemy wspólnie”, a ona odpowiadała: „Siadaj. Kawa? Herbata? Okej, rozmawiamy”. Rozmawialiśmy też o różnych formach teatralnych, o postaciach teatru. Mówiła o swojej pracy. Były to więc takie letnie rozmowy. Myślę, że Ewa może nie jest świadoma tego, że to w dużej mierze dzięki niej zdecydowałem się zdawać do szkoły teatralnej. Chociaż po rozmowach z nią bardzo sie wkurzałem i myślałem sobie: „Kurczę chciałem pracować, a znowu przegadaliśmy 1,5 godziny”. Wtedy zrozumiałem, że to też było taką podbudową, fundamentem mojego aktorstwa.
Oprócz pani Ewy jest mnóstwo ludzi, którzy mnie zmotywowali, zbudowali we mnie taką ciekawość świata. Chociażby wspaniała osoba – Dorota Szydłowska, jest w liceum bibliotekarką. Zachęcała mnie do poszukiwań literackich. Pomagała również w wyborze szkoły teatralnej.
Profesor Paweł Aigner. Świetny pedagog, reżyser, szalony człowiek. Pojechałem raz do niego na konsultacje, już mając teksty, będąc przygotowanym. Nie znałem kompletnie człowieka. Po raz kolejny spotkałem na swojej drodze osobę, która mnie zainspirowała. Nie znając mnie powiedział: „Dobrze, chodź Rafał”, zaprosił na herbatę i rozmawialiśmy. Powiedziałem mu swoje teksty, on mi dał parę uwag, które do tej pory pamiętam. Nie wziął wtedy ode mnie pieniędzy, na koniec naszego spotkania powiedział: „Rafał, jestem spokojny o Ciebie”. I jak zdałem, przeszedłem pierwszy etap, napisałem do niego SMS-a. Później, kiedy się dostałem do szkoły teatralnej, napisał mi: „Ja wiedziałem, byłem spokojny”.
Takich osób jest mnóstwo.

Kiedy pierwszy raz zetknąłeś się ze sceną?
Pierwszy raz w przedszkolu, a może to była zerówka albo pierwsza klasa. Pamiętam, grałem borsuka (śmiech) w jakimś przedstawieniu o leśnych zwierzętach, dla rodziców. Było to moje pierwsze zetknięcie ze sceną amatorską.
Jeśli chodzi o profesjonalny kontakt ze sceną – to w 2010 roku, grałem w premierze „Pińskiej szlachty” Wincentego Dunina-Marcinkiewicza w reżyserii Mikołaja Pinihina z Białorusi, w Teatrze Rampa w Warszawie. Niesamowita praca, niesamowity człowiek! Zupełnie inna mentalność niż nasza, taka wschodnia – bardzo konkretna. Szukali młodego chłopaka, który zrobi szybkie zastępstwo i będzie później grał w tym spektaklu. Pojechałem na casting i od razu się dostałem. Byłem przygotowany, młody ambitny: CV, płyta z demo, wszystko miałem, i mówię: „Dobrze, przesłuchujcie mnie. Jestem gotowy!”. Udało się, to było niesamowite spotkanie, ponieważ wtedy poznałem m.in. Dominikę Łakomską, Konrada Marszałka, a także Olgę Szomańską. Ci ludzie mają niesamowitą żywotność sceniczną i bardzo im jestem za to wdzięczny. Ważne i piękne jest spotykać na swojej drodze ludzi, którzy Cię inspirują, pomagają wzrastać i nie podcinają skrzydeł. Generalnie ten spektakl był dla mnie „chrztem teatralnym”. Wtedy poznawałem te zasady teatralne, które obowiązują właśnie na scenie.

Jak się czujesz, będąc częścią Teatru Muzycznego ROMA, który w tym roku obchodzi 20-lecie istnienia?
Ja dopiero wszedłem w zespół od spektaklu „Piloci”. Nigdy wcześniej nie byłem związany z tym teatrem. Mogę się tylko cieszyć razem z zespołem, z tego jubileuszu.

Czym dla Ciebie jest teatr?
Gdybym powiedział, że wszystkim, to by było wyświechtane słowo, ale coś w tym jest. Teatr jest dla mnie możliwością pytania, zadawania pytań i szukania odpowiedzi, inspirowania, zmuszaniem do krytycznego myślenia. Teatr jest formą terapii, w pewien sposób. Formą przeżywania katharsis. Kocham teatr, kontakt z publicznością, przestrzeń gdzie stawia się jakąś tezę i zadaje pytania, a to widz ma za zadanie na te pytania odpowiedzieć sam, zmusza się go do myślenia. Teatr uspołecznia, powoduje, że ze sobą rozmawiamy. To moja osobista definicja.

Grałeś w wielu spektaklach. Która rola dała Ci najwięcej?
Każda rola mi coś dała. Ciekawą przygodą była dla mnie praca nad „Upiorem w operze”. Grałem wicehrabiego Raul’a de Chagny, jedną z głównych postaci. Kolejną ważną dla mnie rolą był Romeo w „Romeo i Julii” w Teatrze Dramatycznym w reżyserii pani Katarzyny Deszcz. Miłą i zabawną postacią jest Adonis w bajce “Adonis ma gościa”, w reżyserii Kuby Szydłowskiego, którą wystawiamy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Podobnie jest z “Brzydkim Kaczorkiem” – praca była ciekawa, ale musiałem się utożsamić z bohaterem, przeżywać to, co on. Musisz przyjąć to, że jesteś brzydki, jesteś nikim, że nikt Ciebie nie lubi. To nie są łatwe rzeczy, pomimo tego, że to tylko bajka i dzieci na początku się śmieją. Nie rozumieją przesłania, ale gdzieś jest to drugie dno, które przenika pozawerbalnie i widzowie to odczuwają. Widać to po reakcjach.

Jeździsz na castingi do różnych teatrów. Na co zwracasz uwagę decydując się na udział w audycji?
Przede wszystkim: materiał. Czy jest fajny, czy ja mu podołam. Jeżeli chodzi o teatr muzyczny, dochodzi do tego kwestia, by coś wyśpiewać. Czy mam „te dźwięki”, czy jestem w stanie zbudować tę postać i przede wszystkim, czy mam czas.
W Polsce jest niestety tak, że nie ma zbyt wielu musicali, ale mimo to „trzeba się pokazywać” – to taka niepisana zasada. Często jest tak, że dobór ról jest nie do końca „w postać”, „okej, fajny chłopak, dobrze śpiewa, weźmy go”. Zdarza się, że się bierze daną osobę na zasadzie „bo go znamy” i nie ma czegoś takiego „Ooo! On ma potencjał! Pracujmy z nim”. Biznes is biznes, chcemy kogoś, kto albo zaśpiewa, albo dowygląda.

Czym różniło się przygotowanie roli Jasia w spektaklu “Kot w butach”, od roli Jeremiego w musicalu “Piloci”?
Przede wszystkim – formą. „Kot w butach” w reżyserii Justyny Schabowskiej to była bajka muzyczna w maskach. Jaś to był taki prosty młynarczyk, nie wie co zrobić ze swoim życiem. Trochę taka gapa, z pomocą przychodzi Kot.
Jeremi z „Pilotów” jest postacią zdecydowanie dramatyczną. Jest młodym człowiekiem, który chce walczyć o wolność, o Polskę. Jest wyrywnym, porywczym studentem, wierzącym w idee. Ta rola niesie inny ładunek emocjonalny i aktorski. Mimo tego, że jest to musical, jest jednak formą dramatyczną. Cieszę się, że mogłem tę rolę zagrać.

Z którym teatrem wiążesz najlepsze wspomnienia?
Z każdym mam jakieś. Bardzo się cieszę ze spotkania z zespołem Opery Krakowskiej – tam grałem w musicalu „Mały Lord Fauntleroy” w reżyserii Janusza Szydłowskiego. To było niezwykłe doświadczenie. Z teatru komedii przeszedłem do teatru opery i do musicalu, gdzie forma zachowania jest różna, ze względu na inny teatr, inny repertuar. To jest niesamowite doświadczenie, jeżeli robisz coś w nowym teatrze, np. Teatrze Roma, gdzie zespół jest właśnie wykształcony „pod teatr” dramatyczny i do tego muzyczny. Wchodzisz do opery, gdzie repertuar jest bardzo klasyczny, widzisz hierarchię i taki instytucjonalizm – to jest bardzo ciekawe. Teatr Muzyczny Roma i Opera i Filharmonia Podlaska to inna formuła bycia, to jest niesamowite doświadczenie.

Który tytuł musicalowy jest Ci najbliższy?
Musicali aż tak wiele nie było, ale na przykład bliska jest postać Marka z musicalu „Korczak” w reżyserii Roberto Skolmowskiego. Od tego się zaczęło. To bardzo trudny temat, ponieważ opowiada o zagładzie Żydów. Marek Lubicz zakochuje się w Żydówce, która niestety ginie. Emocjonalnie bardzo trudny spektakl. Ten tytuł był jednym z pierwszych musicali dramatycznych. Budowałem postać, którą grałem, a jednocześnie pomagałem koleżankom i kolegom w pracy nad ich rolami.
Ówczesny dyrektor Roberto Skolmowski wiedział o tym i widział efekty na scenie. Później zaproponował mi stanowisko asystenta przy „Skrzypku na dachu”. To otworzyło mi kolejną furtkę, którą powoli otwieram i, czasem z obawami, wchodzę do pokoju reżyserii. Już kilka razy, z ciekawym skutkiem, byłem asystentem reżysera (w Operze i Filharmonii Podlaskiej).

Wolisz grać w spektaklach o tematyce poważnej, dla dorosłych czy w bajkach?
Bardzo lubię teatr dramatyczny. Uważam, że jest to trudne, by emocjonalnie coś przekazać widzom i podzielić się emocjami. Jednym ze spektakli tego typu był “Romeo i Julia”, chociaż wystawiany jako śpiewogra. Warto poznać na początku klasykę, później można eksperymentować z formą.
Jednocześnie uwielbiam bajki, ponieważ wymagają one ode mnie dużej spontaniczności, a także dobrej kondycji i wydolności. Fizycznie są to bardzo trudne spektakle, chociażby te, które mamy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Grając Brzydkiego Kaczorka cały czas jestem na zgiętych nogach, cały czas skaczę, śpiewam itd. Podobnie jest z Adonisem – kondycyjnie bardzo ciężki spektakl. W bajkach mamy do czynienia ze spontanicznością, dzieci reagują bardzo szybko i trzeba ich słuchać, nadążać za ich emocjami. Początkowo bałem się wchodzić z nimi w interakcję, teraz bardzo często odpowiadam na ich zaczepki. Inicjuję dialog, żeby one mogły zaangażować się w spektakl, uczestniczyć w nim.

Czy łatwo jest wyjść z roli?
Każdy ma swój sposób tak naprawdę. Czasami, jeśli to jest teatr dramatyczny, to potrzeba chwili, obejrzenia jakiegoś fragmentu serialu, filmu. Niektórzy potrzebują spaceru, a inni po prostu schodzą ze sceny i zapominają o tym, co było na scenie.

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Jakiś czas temu natknąłem się na audio musicalu „Dear Evan Hansen”. Nawet tego nie oglądałem, ale takim moim małym marzeniem jest wystąpienie w tym spektaklu. Ja nigdy się nie zamykam. Nie ma czegoś takiego jak „wymarzona”, oscyluję wokół. Słyszałem jakiś duet z „The Lord of the Rings” i pomyślałem sobie: „Wooow, super piosenka, ja bym tam chciał wystąpić”. To są takie dziecięce, trochę naiwne, infantylne czasami (w dobrym tego słowa znaczeniu) marzenia.

Dodaj komentarz