„Teatr to wielka świątynia sztuki, talentów” rozmowa z Karolem Jankiewiczem

Czy w dzieciństwie marzyłeś o zawodzie aktora?
Zależy, o które dzieciństwo pytasz, bo dzielę je na dwa etapy: wczesne i późniejsze.
W tym pierwszym w ogóle o tym nie myślałem. Miałem plan, żeby być dentystą, mama mi mówiła, że oni dużo zarabiają (śmiech).
Chociaż wcale mnie nie interesowało nic związanego z zębami. Postanowiłem, że będę dużo zarabiał i kupię mamie kabrioleta (śmiech).
Tak się nie stało – być może na szczęście.
Dopiero jak miałem 11 lat, pojechałem na pierwszy obóz musicalowy z Warsztatową Akademią Musicalową Pawła Podgórskiego i tam się wszystko zaczęło. Stąd ta pasja.
Odpowiadając na pytanie, nie myślałem o tym, chociaż brałem udział w przedszkolnych i szkolnych przedstawieniach. Byłem w klasie o profilu artystycznym, ale bardziej mnie ciągnęło do rysunku, malowania, miałem z tym do czynienia w domu na co dzień – moja mama jest po ASP w Gdańsku. Bardziej mnie ciągnęło do tego, niż do musicalu czy aktorstwa.

Ile miałeś lat kiedy, po raz pierwszy zetknąłeś się ze sceną?
Tutaj też dzielę to na scenę profesjonalną i amatorską. Mój pierwszy występ na scenie był w pierwszej klasie szkoły podstawowej w Gdyni, miał rangę wojewódzką. Zająłem wtedy 2 miejsce, nawet gdzieś w domu mam jeszcze ten dyplom. Nie pamiętam tego występu, jak on przebiegał. Jedyne, co mi utkwiło w pamięci to to, że śpiewałem o chłopczyku, który chodził do szkoły, miał piórnik, zeszyciki i inne takie.
Widocznie udało mi się to fajnie wykonać, skoro przyznali mi miejsce na podium (śmiech).
Kolejny był parę lat później, na koncercie musicalowym WAM-u.
Pierwsze moje zetknięcie ze sceną profesjonalną miało miejsce w Teatrze Rampa – Tintilo w spektaklu „Zaczarowani”.
To była moja pierwsza produkcja, którą grałem od początku do końca.

Jak wspominasz pracę na planie filmu NP? Czy to otworzyło Ci drogę kariery filmowej ?
Przed projektem z ekipą „Nieprzygotowanych” miałem już wcześniej do czynienia z profesjonalnym planem filmowym, mianowicie zostałem zaproszony do wystąpienia w specjalnym odcinku serialu produkcji Disney’a „Do dzwonka cafe”.
Odpowiadając na twoje pytanie: czas wspominam bardzo dobrze, fajne doświadczenie, niezapomniana przygoda. Poznałem ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt.

Tej produkcji nie można nazwać fachową z tego względu, że mieliśmy jedną kamerę, jeden mikrofon, aczkolwiek robiliśmy wszystko, żeby to było jak najbardziej kompetentnie/bezbłędnie. Ludzie, którzy z nami to robili, podchodzili do tego bardzo poważnie. Lecieliśmy „na spontanie”.
Czy to mi pomogło w drodze do kariery filmowej? Nie wiem, być może jeszcze jestem ciągle na tej drodze, taką mam nadzieję (śmiech).
Zastanawiam się, czy to mi pomogło teraz przy serialu, ale chyba nie.
Nie czuję, żeby ten plan mi jakoś pomógł – jest tak, jakbym go nie miał.

Wolisz grać na scenie czy śpiewać?
Szczerze mówiąc lubię to łączyć, dlatego jestem na scenie muzycznej i pracuję przy musicalu. Co ciekawe, nie miałem okazji uczestniczyć w spektaklu stricte mówionym. Nie miałem nawet takiej możliwości. Chętnie zmierzyłbym się z taką rolą, gdzie nie muszę śpiewać.
Gadam głupoty, przecież rola Jeremiego w „Pilotach” na początku jest śpiewana, a później głównie gram, więc jest bardziej gadana niż śpiewana.

Jak się czujesz, będąc częścią Teatru Muzycznego ROMA, który w tym roku obchodzi 20 lat istnienia?
Jest to dla mnie ogromne wyróżnienie, cieszę się, że mogłem wpisać się do historii tego teatru.
Teatr Roma ma już 20 lat, a ja jestem w nim prawie 8.
Spełniło się moje marzenie, aby tam dołączyć. Kiedyś bardzo chciałem tam wystąpić, nie miałem świadomości, że to się udało. Miałem duże szczęście.
8 lat to jest dużo, chyba potrzebuję zmiany (śmiech).

Czy rola Jeremiego była poważniejsza od roli w musicalu “Aladyn”?
Jest poważniejsza, jeżeli chodzi o temat spektaklu – „Piloci ” są osadzeni w czasach II Wojny Światowej. Pod względem tego, który spektakl był dla mnie bardziej wymagający, to chyba „Aladyn ”. Gdybym teraz miał możliwość do niego wrócić – a to było z 8 lat temu – pewnie podszedłbym do tego tematu inaczej.
“Piloci” to dużo poważniejszy temat i chyba też interakcja, jaką mam na scenie z dorosłymi aktorami jest zupełnie inna niż w „Aladynie”.
W „Aladynie” miałem więcej tych ról. W pierwszym sezonie byłem Księciem na wielbłądzie, a w drugim „awansowałem” razem z Karolem Osentowskim na role narratorów, którzy opowiadali całą historię, prowadzili widza przez spektakl. Tam zdecydowanie więcej robiłem.

Czy w twoim życiu zdarzyły się momenty, kiedy chciałeś zrezygnować ze sceny?
Nie, nie było takiego momentu.
Bardziej denerwowałem się na miejsca, w których byłem, czasami one mnie irytowały przez jakieś tam rzeczy, ale nigdy nie miałem czegoś takiego, żeby kompletnie to rzucić.
Te 2, 3 lata, które poświęciłem na to, wydawały się dla mnie bardzo długim czasem i wiedziałem, że jeżeli poświęciłem tyle czasu już na to, co robiłem do tej pory, to szkoda było z tego rezygnować. Przeszedłem już taką drogę i tyle się kułem/ edukowałem gdzieś tam w tych szkołach musicalowych, na obozach, że szkoda by było z tego rezygnować, więc nie, nigdy nie przyszło mi to do głowy — raczej musiałoby być to spowodowane jakąś chorobą – odpukać – albo jakimiś niedogodnościami.

Z którym spektaklem wiążesz najlepsze wspomnienia?
Chyba „Mamma Mia”. Bardzo dobrze wspominam ten tytuł. Zostałem tam rzucony na głęboką wodę i dostałem rolę swinga*.
Chyba z tym spektaklem mam najmilsze wspomnienia z kilku powodów.
Po pierwsze ten spektakl był bardzo radosny, energiczny. Ludzie zawsze wychodzili podekscytowani naładowani pozytywną energią — a ona nam się udzielała na scenie.
Za każdym razem, jak najgorzej bym się nie czuł na spektaklu od początku -bolała mnie głowa czy coś- to pod koniec to automatycznie przechodziło.
Trzy numery finałowe, ta muzyka mnie uzdrawiała po prostu, działała na mnie leczniczo. W momentach, kiedy publika wstawała, to jeszcze bardziej uskrzydlało.
Poza tym pierwszy raz byłem najmłodszy w zespole, obcowałem z dorosłymi, profesjonalnymi, aktorami którzy – chcąc nie chcąc – musieli mnie zaakceptować, bo razem pracowaliśmy. To było fajne, ciekawe wyzwanie zmierzyć się z tym i wpasować się do tego zespołu. Tworzyliśmy Dream Team, jak to nasz szanowny pan dyrektor nazywał.
*swing — funkcja bardzo odpowiedzialna, osoba która ją dostała musi znać kilka ról w zespole i być w pełnej gotowości, aby wejść za osobę na scenę i zagrać za nią spektakl. Taka ławka rezerwowych.

Czym się kierujesz, kiedy idziesz na casting?
Najważniejsza uwaga — nie stresuj się, nie myśl o tym, co inni powiedzą, zabłyśnij autentycznością. Naturalność, swoboda — tym się kieruję, idąc na casting.
Casting musi mnie zainteresować tytułem. Wtedy, jeśli go znam albo nie, to sobie przesłuchuję materiał. Oczywiście jeśli wiem, że tam może być jakaś potencjalna rola dla mnie. Jak znajdę coś dla siebie, to stwierdzam racjonalnie czy bym się nadawał, czy nie.
Czasami warto się w ogóle przejść tak po prostu.Jak zaczynałem swoją „karierę” – w wieku 12 lat, startowałem do „Upiora w operze”, do „Nędzników” w wieku 14 lat.
W „Akademii Pana Kleksa” mi się nie udało, bo zaczynała mi się mutacja.
Tak jak mówię, „Upiór” czy „Nędznicy” to były tytuły dla dorosłych i wiadomo, że bym się tam nie dostał, ja jednak próbowałem. Teraz tak sobie myślę z perspektywy czasu i nie wiem, czy komisja (dyrektor, choreograf) mnie pamiętała z tych moich pierwszych castingów, ale się pokazywałem. Chodziłem na każdy casting. Myślę, że warto, jeśli się czuje, że chce się zmierzyć jakimś materiałem z castingu, nawet jeżeli czasami nie ma roli pod ciebie, to warto spróbować.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Wszystkim. Teatr to wielka świątynia sztuki, talentów.
Pewnie postrzegam to miejsce inaczej, bo tam pracuję. Dla mnie to są ludzie, którzy pracują od drugiej strony. Dla osoby, która nie pracuje w tym miejscu, pewnie teatr to jest po prostu scena, widownia, orkiestra, aktorzy.Dla mnie to jest: pani garderobiana, inspicjent, dźwiękowcy, ludzie pracujący przy tym spektaklu. Poza tym, że wystawia się tam jakąś sztukę, coś dla ludzi, to jest miejscem wielu różnych relacji.
Na przestrzeni lat zmieniłem myślenie na temat teatru.

Czy praca na planie filmowym jest porównywalna do pracy w teatrze?
To są zupełnie dwie różne rzeczy, dwa światy. Ten temat to temat rzeka, ale takie podstawowe różnice są takie, że na planie filmowym to aktora szanują i ma wszystko co chce, bo musi jak najlepiej wypaść na planie żeby film/serial dobrze wyszedł. W teatrze to ty musisz szanować teatr (nie będę się jakoś nad tym rozdrabniał). Druga kwestia jest taka że w teatrze jesteś na żywo, tu i teraz. Emocje musisz wydobyć w tym momencie, na pstryknięcie palca. Na planie, jak coś się nie uda, jest cięcie, dubel. Można popełniać błędy (lepiej tego nie robić, bo ekipa chce szybko skończyć pracę). Rozmaże Ci się make-up, to go od razu poprawią.

Masz na swoim koncie kilka fajnych produkcji w dubbingu, czy praca w nim jest trudna? Czy sprawia to trudność aktorowi ze sceny muzycznej, kiedy proponują mu podkładanie głosu?
Bardzo dużo jest aktorów którzy, są związani ze sceną muzyczną i dubbingują.
To jest kwestia tego, że aktorzy muzyczni śpiewają, mają słuch, a praca w dubbingu w dużym stopniu polega na słuchu. Jak słyszymy aktora i jesteśmy w stanie podzielić to, czy słyszymy wersję angielską i podkładamy pod to swój głos. Te wszystkie melodie głosu oryginalnego potrafimy przearanżować na polskie warunki .
To jest też kwestia indywidualna i nie było ciężko wejść do tego świata. Nie było to trudne.  Potrzebowałem tego, czasu żeby się nauczyć zasad, ale to już każdy, kto pracuje w dubbingu wie, co mam na myśli.

Dziękuję

Dodaj komentarz