ROZMOWY MUSICALOWE VII

Co wpłynęło na podjęcie decyzji, że zostanie Pani aktorką?
Przypadek. Miałam wtedy 16 lat, zaczęłam właśnie lekcje śpiewu, było to zupełnie amatorskie i pierwsze w ogóle dotykanie, macanie się ze śpiewaniem. Wtedy Marzena Ajzert, która potem pracowała też w Teatrze Muzycznym Roma, przygotowywała wszystkie zbiorówki, prowadziła zajęcia w moim mieście, czyli Tomaszowie Mazowieckim i na dosłownie drugich zajęciach powiedziała mi, że szukają dziewczyn śpiewających do spektaklu „Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze” w teatrze w Radomiu.

Wtedy zaczęłam druga klasę szkoły średniej, więc nie w głowie było mi odłączanie się od rodziny i wyjeżdżanie. Powiedziałam o tym mamie: „co ta pani sobie wymyśliła. Ja? przecież ja jestem za młoda”, a mama: „Jaki teatr? Jaki musical? Idziemy się dowiedzieć”. Następnego dnia też miałam akurat zajęcia i wszystkiego się dowiedziałyśmy. Jeszcze tego samego dnia, pojechałam na casting do Łodzi do Teatru Powszechnego do Macieja Pawłowskiego, wtedy był tam kierownikiem muzycznym. Zaproponował, że za dwa dni jadąc z Łodzi do Radomia na próby przejedzie przez Tomaszów i zabierze mnie i Magdę Lubczyńską. Tak pojechałam do Radomia na swój pierwszy casting. I zostałam.. Czyli dowiedziałam się w sobotę, a we wtorek już zmieniło się całkowicie moje życie. W cztery dni. Ten zawód wybrał mnie. Potem wszystkiego uczyłam się już na scenie, od kolegów, w trakcie prób. 

Jest Pani aktorką musicalową. Jaką produkcję teatralną wspomina Pani z największym sentymentem?
“Miss Saigon” i Kim. To była chyba druga musicalowa produkcja TM ROMA. W 2000 roku w grudniu, była premiera, grałam główną rolę i to jest… po prostu taki ogrom wspomnień. Największa rola jaką w życiu zrobiłam, rola która ukształtowała mnie, jako artystkę. Bardzo, bardzo dużo się wtedy nauczyłam.

Skoro mówimy już o spektaklach.  Za nami czerwcowa premiera spektaklu “Miss Saigon”w Teatrze Muzycznym w Łodzi. W tym spektaklu zagrała tam Pani po raz drugi, przypomnijmy wcześniej rola Kim TM ROMA. Jakie to uczucie, gdy na początku grało się główną rolę, a teraz trzeba wykreować zupełnie inną, mniejszą postać?
Ja w ogóle nie postrzegam teatru jako jakichś wyścigów i konkursów kto zagra więcej ról i jakich piękniejszych, bo trzeba mierzyć siły na zamiary i wiadomo, że w moim wieku, a skończyłam w tym roku 40 lat, nie zagrałabym Kim. Nie chodzi po to, że jestem już mniej zdolna lub nie daję rady wyśpiewać tej partii. Ja mogę grać role, które są odpowiednie dla mojego wieku, dla mojego wyglądu, dla mojego doświadczenia, więc to dla mnie w ogóle nie jest problem, to nawet przyjemne, wrócić do tego tytułu. Poczułam się zaszczycona, gdy dyrekcja zaprosiła mnie do roli GiGi właśnie dlatego, że grałam Kim. To oznacza, że moja interpretacja zapadła w pamięć i w jakiś sposób zrobiła na kimś wrażenie, została zapamiętana. Wiadomo, że musiałam spełniać również wymogi artystyczno-wokalno-wyglądowe. Ucieszyłam się, że mogę wrócić do tego tytułu i dodać jeszcze coś od siebie. Jest to dla mnie niezwykła podróż w czasie i naprawdę, dziewczyny, które grają Kim, są wspaniałe. W sumie trochę traktuję tę rolę jak takie moje dziecko. A dziecko trzeba kiedyś wypuścić. To nie jest moja własność, prawda?

Gra Pani również w Teatrze Muzycznym w Łodzi Fantine w Nędznikach. Co sprawiło, że postanowiła Pani wystartować w castingu i jakie uczucia towarzyszyły podczas tworzenia? Czy to była trudna postać do stworzenia?
Jest to trudna postać do stworzenia, bo chyba w sumie na scenie jest pół godziny i w tym czasie trzeba stworzyć całą postać. Zaczęcie, rozwinięcie i zakończenie. Muszę w pół godziny stworzyć tę postać emocjami i swoim warsztatem, żeby była wiarygodna i przejmująca. Ten spektakl jest dla mnie wyjątkowy, a właściwie muzyka do tego spektaklu. Widziałam ten spektakl na Broadway’u i zakochałam się w nim.

Kiedy w  Teatrze Muzycznym Roma odbywały się castingi do “Les Miserables” uczestniczyłam w tych przesłuchaniach, startowałam wtedy do roli Eponine. Wszystko wskazywało na to, że zagram tę rolę, ale miałam do wyboru zostać w Warszawie albo jeździć po świecie i koncertować ze światowej sławy muzykiem rockowym Jonem Lordem. Musiałam wybrać. Wygrała nowa przygoda.

Kiedy dowiedziałam, że produkcja “Les Miserables” zostanie wznowiona, zdecydowałam, że tym razem muszę spróbować. Byłam świeżo po urodzeniu syna, miał pół roczku jak poszłam na casting. Fantine też jest matką, więc myślę, że było mi troszeczkę łatwiej. Oraz Fantine ma przepiękny utwór do wykonania. “Wyśniłam sen” to legendarna aria w musicalowym świecie.

Czy w Pani życiu zdarzały się momenty przez które chciałaby Pani zrezygnować ze sceny?
Non stop się takie dzieją. Praktycznie raz w roku mówię sobie, że to koniec. Ten zawód jest bardzo niewdzięczny, bo jest dosyć krótki i troszkę z takim uśmiechem spoglądam na osoby, które teraz bardzo dużo grają i może myślą, że tak będzie zawsze, ale to po prostu kiedyś mija, aż taka intensywność pracy i to nie jest zależne od nas. Musical rządzi się takimi prawami. Jest bardzo mało ról dla dojrzałych kobiet. Głównych ról, bo drugoplanowe owszem są.

A tak jak wcześniej mówiłam – to nie jest żaden konkurs, tylko trzeba po prostu się z tym pogodzić. Ja się cieszę, że się starzeję, bo czerpię z życia inne korzyści. Jestem bardziej doświadczona. Ale no cóż. Takie jest życie.

Jest pani też aktorką dubbingową. Czy praca aktora w teatrze jest trudniejsza od pracy aktora w studiu dubbingowym? Czy jest to w jakimś stopniu porównywalne?
Nie. Nie jest to porównywalne. Teatr, w momencie prób, jest bardzo absorbujący, trzeba tam być naprawdę wiele godzin dziennie i właściwie nie ma się siły na inne rzeczy, ale daje niesamowite emocjonalne i artystyczne uniesienia.

Dubbing, kiedy mam kilka godzin nagrania, też jest męczący. To nie jest jednak tak, że ja sobie coś tylko gadam, jest to też praca, nie jest to zabawa, choć bardzo przyjemna.

Nie można tego ze sobą porównywać. Kocham obie te dziedziny. Nie chciałabym rezygnować z żadnej, aczkolwiek jestem taką osobą, że nie za wszelką cenę. Jeśli nie będzie dla mnie ról, nie będzie dubbingu, głos się zestarzeje, to trudno, pójdę inną drogą. Po prostu zawsze coś wymyślę.

Mam wiele pasji i pomysłów i naprawdę nie muszę siedzieć w jednym miejscu i myślę, że jest to też rozwijające jak ktoś idzie dalej i odpuszcza. Także nie ma co się przywiązywać.

Jak zaczęła się Pani przygoda z dubbingiem?
Przyszłam na zastępstwo. Kolega, Piotr Gogol, pracował ze mną w TM Roma, zaprosił mnie na nagranie piosenki. Studio musiało szybko oddać materiały i trzeba było zaśpiewać piosenkę. Więc ją zaśpiewałam. Pamiętam, że była to papuga. Po tych nagraniach Pani reżyser Dorota Kawęcka spytała mnie czy nie powiedziałabym jednego zadania.  Przerażona, nie wiedziałam jak to się robi, ale zdecydowałam, że spróbuję. Nie wiem czemu zaprosiła mnie po raz kolejny na nagrania, bo byłam beznadziejna, drewniana i w ogóle zablokowana totalnie, w sensie strasznie się tego bałam i wręcz mnie zatykało. Ale Dorotka się chyba uparła i zapraszała. Tak z nagrania na nagranie jakoś się otwierałam i jestem w tym miejscu, gdzie jestem. Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma się co poddawać! Jeżeli się człowiek czegoś bardzo boi, ale bardzo chce to powinien walczyć ze sobą i pokonywać swoje demony.

Każdy z nas zna tę kultową piosenkę „Mam tę moc”. Czy chciałaby Pani powiedzieć o tym jak się zaczęła przygoda z tą piosenkę?
Zostałam zaproszona na casting, wygrałam ten casting, nagrałam piosenkę i już.  Koniec historii. (śmiech).

Jakie to uczucie, kiedy słyszy Pani swój głos w praktycznie co drugiej bajce w telewizji?
Kiedyś, szczególnie na początku, nie lubiłam słuchać swojego głosu po nagrywaniu. Krępowałam się i to było dla mnie jakieś takie… nie podobało mi się to.  Ale myślę, że to było bardziej we mnie niż to było złe. Teraz nic nie czuję, po prostu jest to dla mnie codzienność, zwłaszcza że mam teraz małe dziecko, które ma 3 lata i 4 miesiące i ogląda czasem bajki w których gram. Nie rozpoznaje mnie jeszcze z tych bajek, ale mówi „mamusiu, to Ty”, ale bardziej dlatego, że mu to powiedziałam albo słyszy tyłówkę jak jestem przedstawiana.  Także, jest to miłe uczucie.

Czy zdarzyło się Pani kiedyś, że szła pani ulicą i nagle ktoś powiedział: O znam Pani głos albo po prostu rozpoznał Panią?
Teatr muzyczny jest generalnie, jeszcze szczególnie w Polsce, bardzo niepopularny, mimo, że coraz lepiej się rozwija, ale jednak nie jest jeszcze tak doceniany jak za granicą.  Pamiętam jak byłam w Stanach Zjednoczonych w Nowym Jorku i ludzie dowiadywali się, że gram aktualnie Kim w “Miss Saigon” to byłam dla nich jakąś wielką gwiazdą, a ja byłam sobie zwykłą Kasią z Polski i chodziłam do teatru na próby i spektakle. No nic wielkiego. Tutaj się nigdy nie robiło z tego jakiegoś wielkiego halo. Ale też nie o to w musicalu chodzi, żeby być znanym. Zresztą przez tyle lat miałam kilka okazji, żeby gdzieś tam bardziej się o to postarać, żeby być rozpoznawalnym, ale nigdy tego nie chciałam. Mojego głosu na ulicy też nikt nie rozpoznaje, bo się nie odzywam do obcych ludzi.

Dużo ludzi mnie poznaje z Instagrama i to jest bardzo bardzo miłe. I tyle. Ale generalnie żyję sobie spokojnym życiem i na tym mi zawsze zależało, żeby robić to co kocham, ale nie mieć tego całego zamieszania wokół siebie, które mają gwiazdy, bo to może być naprawdę uciążliwe.

W 2008 roku pracowała Pani przy projekcie Jona Lorda CONCERTO FOR GROUP AND ORCHESTRA. Czy mogłaby Pani opowiedzieć jak to się zaczęło?
Tak. Tutaj wraca temat “Les Miserables”. Zadzwonił do mnie Jacek Piskorz, pianista, aranżer i kierownik muzyczny tego koncertu w Polsce. Przy tym projekcie sekcja, czyli bas, gitara i perkusja  była zawsze lokalna oraz dodatkowo w Polsce szukali wokalistów. Zostałam przez Jacka poproszona, żeby wysłać płytę z angielskim nagraniem. Jedyne co miałam to było „On my own” z “Les Miserables”. Dzięki temu utworowi Jon wybrał mnie z nagrania, a potem już po koncercie zaprosił do dalszej współpracy. Piosenki, które z nim śpiewałam, śpiewała Sam Brown, ale już nie mogła brać udziału w tej trasie i w tym projekcie. Także myślę, że ten musical i właśnie umiejętność pracy z orkiestrą, ale nie śpiewanie klasyczne, dało mi szansę jeździć po całym świecie i grać z najlepszymi orkiestrami. Przez 3 i pół roku występowaliśmy w najpiękniejszych salach koncertowych, więc to była wielka, naprawdę super przygoda i wtedy to “Les Miserables” odłożyłam, że tak powiem na bok, by móc uczestniczyć w projekcie Jona. To było niezapomniane przeżycie.

Wspominając o dużych projektach z Pani udziałem nie można zapomnieć o myBRODWAY. Skąd pomysł na stworzenie kanału YouTube?
Jestem ogromną fanką musicalu i oprócz tego, że w nich gram to mnie to bardzo pasjonuje i cieszy i lubię  newsy i ploteczki z tego świata.. Dodatkowo uznałam, że w Internecie, nie ma moich profesjonalnych nagrań, takiego mojego demo, Tak naprawdę jak się wpisywało w Youtube moje nazwisko to były rzeczy dosyć przypadkowe i uznałam, że to będzie trochę taka moja wizytówka. Więc najpierw było takie założenie było takie, że śpiewam utwory musicalowe, które kocham i to się nazywało właśnie myBRODWAY.

Poprosiłam Tomka Filipczaka, kierownika muzycznego z Teatru Syrena,  żeby ze mną pograł. Ponieważ znamy się od początku mojej pracy na scenie zgodził się. Jednak, ponieważ czas, studio, to jest bardzo dużo organizowania i nie każdy ma czas, musi być wolne studio, musi być ekipa, która nagrywa wideo więc z przyczyn organizacyjnych nie mogę robić tego regularnie. Postanowiłam skupić się głównie na rozmowach, żeby właśnie wyciągać od ludzi teatru ich historie i zaczęłam robić myBRODWAY rozmowy, gdzie mam okazję spotkać się ze znajomymi i pogadać o tym co kochamy. Mam wrażenie, że w Polsce nie ma takiego miejsca, żeby ludzie  poznawali bardziej artystów czy twórców musicalowych, którzy u nas występują, a są naprawdę gwiazdami tego gatunku dlatego chcę przedstawiać po prostu tych artystów. Przy produkcji Miss Saigon poznałam Jeremiasza Gzyla, który też jest totalnym zajawkowiczem musicalu jak się okazało i stwierdziliśmy, że będziemy sobie o tym rozmawiać przy okazji nagrywając. Już jesteśmy po pierwszych nagraniach. Na początku nowego sezonu zaczniemy wrzucać filmiki, na których rozmawiamy o musicalach i o różnych rzeczach związanych z tą dziedziną. Zrobiliśmy profil na Instagramie. Już teraz nazywamy się “my” po polsku @MYBRODWAYpl . Będzie sezon, wszyscy wrócą z wakacji, będą myBROADWAY rozmowy  (śmiech).

Tak na zakończenie naszego wywiadu. Musicalowe marzenie, wymarzona rola.
Wicked i Elphaba, po prostu marzę o tym, żeby ją zagrać. Marzę o tym, żeby być zieloną czarownicą, chociaż boję się co by się stało z moją skórą po tym codziennym malowaniu na zielono (śmiech), ale to jest moje marzenie. Ogromne. Są też inne mniejsze, ale to jest takie największe.

Dziękuję za rozmowę !
Dziękuję pięknie.

Dodaj komentarz