Kaja Mianowana zadebiutowała na scenie Teatru Muzycznego Roma w musicalu „Koty” jako Promyczek. Pół roku później, w wieku 17 lat, wygrała casting do musicalu „Upiór w operze”. Zagrała główną rolę – Christine Daaé. Od września 2010 do maja 2012 Kaja występowała w roli dorosłej Cosette w musicalu „Les Misérables”. Od września 2012 ponownie odtwarza rolę Christine Daaé (oraz jest dublerką roli Meg Giry) w białostockiej inscenizacji Upiora. Od września 2016 wciela się w rolę Fleur de Lys w musicalu Notre Dame de Paris w Teatrze Muzycznym, w Gdyni.
Rozmowę z Kają przeprowadziła Magda
Czy w dzieciństwie marzyła Pani o zawodzie aktora?
W dzieciństwie raczej marzyłam o zawodzie piosenkarki, o samym śpiewaniu. Teatr pojawił się u mnie dopiero, kiedy wygrałam casting do „Upiora w operze”. Wtedy stwierdziłam, że faktycznie połączenie tych dwóch rzeczy jest możliwe i że jest interesujące. Wtedy pojawiły się u mnie marzenia bardziej aktorskie.
A czy ktoś zachęcił Panią do pracy w teatrze?
Nie. W mojej najbliższej rodzinie nie ma artystów, więc sama musiałam wybrać swoje artystyczne zainteresowania. Czy ktoś mnie zachęcił? Na każdym etapie mojego rozwoju artystycznego bardzo wspiera mnie moja mama, ale to nie było tak, że mnie zachęcała albo pchała w tym kierunku. Miałam pewne cele i zawsze miałam w niej przyjaciela. Inspirowałam się sama i to był mój pomysł. Fakt, że chciałam to robić profesjonalnie wzbudził w mojej rodzinie zainteresowanie i zdziwienie.
Ile Pani miała lat, gdy pierwszy raz zetknęła się z taką profesjonalną sceną?
Siedemnaście. To był casting do „Upiora w operze”, który wygrałam i od razu weszłam w „Koty”. To był druga klasa liceum.
Gratuluję, naprawdę – taką rolę w tym wieku!
No tak… to nie było proste, faktycznie. To była szansa, ale też ogromne obciążenie i presja, więc nie ukrywam, że nie odbyło się to bez stresu i wysiłku. Oczywiście uważam za ogromne osiągnięcie to, że w ogóle udało mi się do tego doprowadzić, wyjść na scenę, pokonać presję i stres związany z próbami oraz mój młody wiek. Już nawet nie sam efekt naszych działań (nikt się nie spodziewał, że „Upiór w operze” zdobędzie serca publiczności na kolejne dwanaście lat), ale samo to, że w ogóle dostałam tę rolę i ją zagrałam, nie poddałam się w tak młodym wieku, uważam za sukces.
Jak Pani się czuje będąc częścią Teatru Muzycznego Roma, obchodzącego w tym roku swoje dwudziestolecie?
Czuję się jego prawowitą częścią, mimo, że nie brałam udziału we wszystkich jego produkcjach od mojego debiutu i nie wezmę też udziału w zbliżającej się premierze „Aidy”. „Piloci” to moja czwarta produkcja w Teatrze Roma. Dobrze liczę? „Koty”, „Upiór w operze”, „Les Miserables”, „Piloci”. Czuję, że jestem małym kawałeczkiem historii tego teatru zarządzanego przez dyrektora Kępczyńskiego. Kibicuję teatrowi, żeby dalej wypuszczał musicale na najwyższym poziomie.
Jak Pani wspomina główną rolę w „Upiorze w operze”?
Cały okres przygotowania, wejścia w ten teatralny świat był ogromnym stresem i szkołą życia. Jak już wspomniałam – w mojej najbliższej rodzinie nie ma aktorów, śpiewaków – nikogo, kto mógłby mi podpowiedzieć, jak wygląda szeroko pojęty show-biznes. Wszystkiego uczyłam się sama na własnych błędach. To był dla mnie szok i ogromna zmiana w życiu. Musiałam się przestawić na jeżdżenie między Lublinem a Warszawą. Bardzo chciałam dokończyć szkołę w Lublinie, co kosztowało ogromnie dużo wysiłku. Udało się. Maturę zdałam w swoim rodzinnym mieście. Natomiast granie samej roli to jest oczywiście wielka nagroda w życiu. Christine to postać – marzenie wielu młodych aktorek musicalowych. Można powiedzieć – rola życia. Trudno o drugą taką, która jest wokalnie na podobnym poziomie zaawansowania. Muzyka napisana przez Andrew Lloyda Webbera jest pełna, spójna – ten spektakl to geniusz klasycznego musicalu. Uważam, że bardzo wcześnie dostałam taką szansę od życia. Nie wiem, czy wyczerpałam odpowiedź na to pytanie, mogłabym tak jeszcze długo, długo… W skrócie – to było ogromne przeżycie i do tej pory bardzo doceniam to, że nadal gramy „upiora”. Każdy spektakl w roli Christine jest wyzwaniem. Nawet po dwunastu latach od premiery.
Czym dla Pani jest teatr?
Bardzo ogólne pytanie. Teatr to ludzie, ich emocje, doświadczenia, historie i wszystko to, co ludzie chcą przekazać innym ludziom. Przekaz, podarunek od ludzi dla ludzi. To jest moja główna myśl na temat teatru.
Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Szczerze mówiąc, nie mam takiej. Czasem latam do Londynu oglądać spektakle, widziałam też kilka przedstawień na Broadwayu. Jest tyle genialnych tytułów na rynku, że nie jestem w stanie wskazać jednej roli, która byłaby naprawdę wymarzona, jedyna i długo, długo nic. My, artyści, całe życie się rozwijamy i każda produkcja jest dla nas czymś nowym, każda rola jest wyzwaniem. Chciałabym raczej tak do tego podchodzić. Zawsze staram się grać to, co mam do zagrania najlepiej jak potrafię, żeby spektakl, w którym gram był marzeniem widza, który go ogląda. Jest bardzo dużo pięknej muzyki do zaśpiewania, nie tylko w musicalu. Szczerze mówiąc, musical to jest tylko część mojego życia. Śpiewam bardzo dużo różnej muzyki. Mam dużo inspiracji i ulubionych artystów oraz stylów muzycznych, których chciałabym kiedyś spróbować. Mam całą listę marzeń, ale zawsze wolę najpierw coś zrobić, a potem się z tym odkrywać, nie odwrotnie.
Czy zdarzały się momenty, gdy chciała Pani zrezygnować ze sceny, z teatru, z muzyki?
Przynajmniej dwa razy w roku mam takie myśli i uważam to za część tego zawodu. Gdyby było za łatwo, chyba nie dałoby się tego robić dobrze. Jest to zawód wymagający ogromnych pokładów sił, również tych emocjonalnych – oczywiście w zależności od produkcji i tego, co się gra. Jest to po prostu zawód bardzo wymagający. Wątpliwości mam zwykle wtedy, gdy jestem bardzo zmęczona, albo kiedy coś mi nie wyjdzie, albo nie dostanę tej roli, którą chciałam dostać. To też trzeba powiedzieć sobie szczerze – jest to bardziej zawód porażek niż wygranych. Zdecydowanie częściej castingi przegrywamy niż dostajemy wymarzone role, więc trzeba umieć sobie z „porażkami” radzić. Moje zwątpienia zwykle przechodzą prędzej niż później, ale zdarzają się regularnie. Zdarzyło mi się nawet kiedyś wejść na pracuj.pl i szukać czegoś w innej branży dla sprawdzenia czy może jest jeszcze coś, co mnie zainteresuje [śmiech]. Na końcu zwykle okazuje się, że mam takie powołanie, jakie mam i godzę się z tym [śmiech]. Muszę za tym jakoś podążać. Nic innego mnie tak nie inspiruje i nie interesuje jak szeroko pojęta sztuka. Podsumowując – średnio dwa razy w roku „rezygnuję”, marudzę, że już mam dosyć i idę do „korpo” [śmiech].
Którą rolę wspomina Pani najmilej?
Tak samo jak nie mam wymarzonej roli, tak nie mam roli, którą wspominam najmilej, bo każda produkcja była zupełnie inna. Mogłabym odpowiedzieć, że na każdej się czegoś nauczyłam, do każdej podchodzę z sentymentem, każda z nich to inna grupa ludzi itp., itd… To byłoby to samo, co mówiłam wcześniej.
Jeździ Pani na castingi do różnych teatrów. Na co zwraca Pani uwagę decydując się na udział w audycji?
Przede wszystkim, czy jest rola dla mnie. Czy jest rola, którą jestem w stanie wykonać wokalnie i aktorsko, bo nie ma ludzi „od wszystkiego”. Czy jest to spektakl, w którym byłoby mi przyjemnie zagrać, do którego się nadaję, czy pasuję wiekowo do postaci, czy interesuje mnie ta produkcja. Czasami dochodzą też czynniki czysto życiowe: czy na przykład nie jest za daleko, żeby dojeżdżać na próby albo na spektakle później.
Jak wygląda przygotowanie aktora do castingu?
Przygotowanie wygląda zupełnie tak jak w szkole: drukuję nuty, zaczynam je rozczytywać, przygotowuję utwory technicznie, zwracam uwagę na to, jak powinny brzmieć, zastanawiam się, co chciałabym w nich pokazać, wkuwam na pamięć. Uczę się – po prostu, zupełnie normalnie, szkolnie [śmiech]. I oczywiście oglądam wcześniej spektakl. Zawsze przed castingiem oglądam to, co jest dostępne w internecie, żeby wiedzieć, o czym jest dane przedstawienie i jaka jest postać, do której startuję.
Czy jest jeszcze jakiś stres przed spektaklami?
Czasami tak, czasami nie. Wydaje mi się, że trema dotyczy wszystkich na każdym etapie życia, tylko z różnym natężeniem. Jeżeli gram główne role lub śpiewam coś wymagającego, np. tak jak tutaj rozmawiałyśmy o „Upiorze w operze”, to tak. Podczas solowych koncertów zawsze czuję, że wydziela mi się kortyzol w organizmie i on jest dobry. Muszę przyznać, że po dwunastu latach na scenie trema jest na dosyć niskim poziomie, w porównaniu z poprzednimi latami. Niższy poziom tremy zaczęłam odczuwać jakieś pięć, sześć lat temu. Potrzebowałam widocznie tych sześciu lat na scenie, żeby się z nią dobrze oswoić. Uważam, że mobilizująca trema jest potrzebna. Odpowiedni kop adrenaliny daje organizmowi wyższy poziom skupienia i nie doprowadza do rutyny. Jeżeli natomiast to, co wykonuję na scenie nie wymaga dużego skupienia albo po prostu nie potrzebuję tego kopa adrenaliny, zdarzają mi się spektakle, podczas których faktycznie zupełnie nie odczuwam tremy.
Trudno łączy się aktorstwo, śpiew i taniec?
Tak [śmiech]. Jest to dodatkowa ilość kalorii, którą trzeba dorzucić do każdego wyjścia na scenę. Wymaga też więcej umiejętności w różnych dziedzinach. Zawsze pytanie o łączenie śpiewu z aktorstwem mnie trochę dziwi, bo uważam, że piosenkarz jak wychodzi na scenę to też tak naprawdę jest aktorem. Też ma coś do powiedzenia i też przekazuje tekst. Tancerz też jest aktorem za każdym razem, kiedy wprowadza swoje ciało w ruch. Aktorstwo jest wszędzie.
Dziękuję!