Rozmowy Musicalowe cz. XI

Zapraszamy na wywiad z Natalią Krakowiak.

Natalia jest wokalistką i aktorką. Studiuje na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie na Wydziale Wokalno-Aktorskim.

Czy w dzieciństwie marzyłaś o zawodzie aktorki?
Tak naprawdę o zawodzie aktorki nie marzyłam aż do momentu gdy trafiłam do Teatru Muzycznego Roma. Od dziecka śpiewałam, ale „na poważnie” wszystko zaczęło się w zerówce. Wygrałam swój pierwszy konkurs – Festiwal Piosenki Przedszkolnej. Ludzie, którzy znali się na muzyce, doradzili moim rodzicom, żeby posłać mnie do szkoły muzycznej, żebym wzięła udział w popularnym wowczas programie dla dzieci „Od przedszkola do Opola”, no i tak wszystko ruszyło lawinowo. W programie pojawiłam sie czterokrotnie, Polska przemierzona wzdłuż i wszerz, setki festiwali. Ogromne poświęcenie ze strony moich rodziców. Jestem im za to wdzięczna.

Ile miałaś lat, gdy po raz pierwszy zetknęłaś się ze sceną?
Mój pierwszy publiczny występ to właśnie ten Festiwal Piosenki Przedszkolnej, o którym wspomniałam – miałam wtedy sześć lat. Natomiast momentem, kiedy śpiewanie przestało być tylko dość kosztownym hobby, był czas, kiedy zaczęłam pracę w Teatrze Buffo, czyli w 2007 roku – zarobiłam swoje pierwsze pieniądze, miałam wtedy siedemnaście lat i to było wielkie wydarzenie w moim życiu, bo wcześniej w ogóle nie wiedziałam, co to tak naprawdę Teatr Buffo. W zasadzie byłam w takim momencie w życiu, kiedy chciałam porzucić śpiewanie, zrezygnować z tego i zająć się „czymś poważnym”, jak to mówiła moja mama – zostać księgową, albo nauczycielką – czymś takim… stałym.

Czy w Twoim życiu zdarzały się momenty, kiedy chciałaś zrezygnować ze sceny?
Było wiele takich momentów, ponieważ nie pochodzę z muzykalnej rodziny, więc tak naprawdę byłam z tym wszystkim sama. Najwięcej kryzysów chyba miałam, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły muzycznej, musiałam dzielić czas między szkołę podstawowa, szkołę muzyczną, lekcje śpiewu, które pobierałam ponad 40km od mojego rodzinnego domu, co wiązało się z późnymi powrotami do domu i oczywiście występy czy też konkursy wokalne niemal w każdy weekend. Wtedy miałam najwięcej kryzysów, nie radziłam sobie z tym wszystkim. Nie miałam czasu na zabawę z równieśnikami, więc do tej pory nie wiem, jak się np. skacze w gumę. Pamiętam początkowe lata na fortepianie, kiedy siedziałam na podłodze, płakałam i godzinami rozczytywałam nuty, podpisywałam każdą, bo jeszcze wtedy uczyłam się ich nazw. Takich kryzysów było wiele. Największy był właśnie tuż przed moim pojawieniem się w Buffo. To był moment dorastania, miałam wtedy siedemnaście lat i to był czas, kiedy powinnam zdecydować, co w życiu dalej robić. A ponieważ nie wyobrażałam sobie życia bez muzyki i nie potrafilam znalezc dla siebie innej drogi, los zdecydowal za mnie i, jak zwykle w moim życiu, wszystko wydarzyło się przez przypadek. Ja nic nie planuję, naprawdę – wszystko się dzieje kompletnie odwrotnie, niż bym chciała sobie zaplanować, więc w tym momencie jestem na takim etapie, że niczego nie planuję i po prostu się dzieje. I tak jest fajnie.

Jak przygotowujesz się do castingów?
Nie przygotowuję się do castingów. Od razu mówię, że w ogóle nie lubię prób, nie lubię ćwiczyć. Trochę to podejście się zmieniło, kiedy zaczęłam studia na Uniwersytecie Muzycznym i już nie było wymówek, trzeba było śpiewać o dziewiątej rano na zajęciach, więc to mnie nauczyło tego, że godzina niekoniecznie wygodna do śpiewania i to, czy akurat mam chrypę albo chore zatoki, nie ma znaczenia, tylko trzeba zrobić swoje. Ale do castingów się nie przygotowuję. Jedyne co robię, to po prostu uczę się tekstów i melodii piosenek. Od razu powiem, że moją fatalną cechą jest to, że wszystko zostawiam na ostatni dzwonek, czyli uczę się dzień przed i to mi przysparza mnóstwo stresu, bo wiadomo, że potem nie można spać, teksty kłębią się w głowie, a rano człowiek wstaje i się zastanawia, czy w ogóle jeszcze cokolwiek pamięta. A najczęściej to wygląda tak, że po castingu okazuje się, że nie pamięta już nic. Czyli w momencie castingu mózg jeszcze kojarzy, a po castingu już nie. W ogóle, jeżeli chodzi o castingi, to ze mną też jest tak, że nie „castingowałam się” wiele razy w swoim życiu, więc to jest dla mnie, powiedzmy, nowość. Ilość castingów cały czas jeszcze mogę policzyć na placach jednej ręki, więc każdy casting jest dla mnie wielkim wydarzeniem, ogromnym stresem – naprawdę ogromnym stresem. Nie znalazłam jeszcze sposobu na siebie, takiego, żeby, pomimo tego, że nie nastawiam się na nic, idąc na casting – mam luźne podejście do życia, ale nie potrafię się pozbyć stresu i nie wiem, jak sobie z nim radzić. Może to jest kwestia tego, że rzeczywiście pewną ilość castingów trzeba po prostu przerobić w swoim życiu, żeby traktować je jak codzienność. Tak jak to śpiewanie o dziewiątej na przykład [śmiech].

Jak wspominasz pracę w teatrze Studio Buffo?
Praca w teatrze Studio Buffo… Można by o tym mówić bardzo dużo, bo spędziłam tam chyba osiem, albo dziewięć lat, więc tak naprawdę kawał mojego młodzieńczego zycia. Początki były bardzo trudne, bo zostaliśmy rzuceni na bardzo głęboką wodę. Graliśmy wtedy w teatrze, a poza tym mieliśmy programy telewizyjne. „Przebojowa noc” – to był program na żywo, a potem „Złota sobota”. I rzeczywiście pamiętam, że wracałam do domu w zasadzie tylko spać, bo przygotowań było mnóstwo i też wymagało to od całej ekipy takiego „zebrania się do kupy” – to była grupa młodych ludzi, która poznała się dwa tygodnie wcześniej, nie byliśmy zgranym zespołem, więc uczyliśmy się siebie nawzajem z tygodnia na tydzień. Praca była trudna, jeszcze ten program na żywo – działy się cuda, trzeba było trzeźwo myśleć. Myślę, że dla takich młodych osób wtedy to było wielkie wyzwanie. Działo się to bardzo szybko, praktycznie nie wychodziliśmy poza mury budynku, ale bardzo miło to wspominam. Natomiast potem… Graliśmy w teatrze codziennie – tak chyba do tej pory wygląda praca w Buffo. Różni się tym na przykład, od pracy w teatrze Roma, że w Buffo praktycznie codziennie jest grany inny tytuł. Dla mnie zmianą jest to, że w Buffo nikt ode mnie nie wymagał tego, żebym tańczyła i rzeczywiście ja byłam tą osobą od śpiewania, i nigdy też by mi
do głowy nie przyszło, że mogłabym się wziąć za taniec. Dlatego gdy pojawiłam się w Romie na castingu do musicalu „Pięć ostatnich lat” i okazało się, że jest tam casting choreograficzny, i Agnieszka Brańska (choreograf) zaprezentowala dość skomplikowany układ, ja po prostu nie wiedziałam, na co mam patrzeć i powiedziałam: „Przepraszam panią, a czy mogłaby pani pokazać najpierw oddzielnie rączki, a potem nóżki?”. Wywołałam tym niemałą sensację, bo to był już ostatni etap i zostały chyba trzy osoby. Ale dobrze wspominam pracę w Buffo, to były fajne lata, bardzo fajna ekipa młodych ludzi, nawiazaly sie przyjaźnie które trwają do dzisiaj – bardzo, bardzo
mocne.

Co dał Ci udział w programach „The Voice of Poland” i „Twoja twarz brzmi znajomo”?
Jeżeli chodzi o „The Voice of Poland”, to akurat ten program chyba nie dał mi nic, ale nie chcę, żeby to było źle zrozumiane. Chodzi o to, że ja po prostu w trakcie trwania programu bardzo poważnie zachorowałam i podczas trzech odcinkow live w zasadzie nie było do końca wiadomo, czy ja w ogóle
na nich zaśpiewam, więc generalnie wszystko się kręciło wokół wizyt u lekarzy, brania leków i ogromu stresu związanego z tym, że trzeba cokolwiek z siebie wydobyć w programie na żywo. Teraz pewnie nalegałabym na to, żeby w tym momencie, kiedy zachorowałam, zrezygnować z programu, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że ta choroba będzie tak długo trwała, myślałam, że to jest kwestia paru dni i w następnym tygodniu wszystko wróci do normy. Kosztowało mnie to naprawdę wiele stresu. Chyba z resztą podczas tych trzech tygodni choroby straciłam około pięciu, sześciu kilogramów, co widać na nagraniach. I to chyba ze stresu głównie. Wielki, wielki stres – tak ogólnie mogę podsumować mój udział w tym programie. Zresztą uważam, że psychicznie wtedy nie byłam gotowa na ten program. Poszłam do niego za czyjąś namową, nie był to mój świadomy wybór. W zasadzie zgłosiłam się i sama do końca nie wiedziałam, dlaczego, po co, „a może będzie fajnie, a może nie – nie wiadomo”. Myślę, że jak ktoś ma takie nastawienie, to powinien sobie odpuścić i poczekać, aż przyjdzie ten moment, kiedy będzie miał pewność, że to jest to, na co w tej chwili ma ochotę. Teraz bym tak zrobiła, ale wtedy – to było parę lat temu, wiadomo – było co było, nie ma do czego wracać.
Natomiast „Twoja twarz brzmi znajomo” to była wielka przygoda, szalona. Właśnie teraz Łukasz Zagrobelny bierze udział w nowej edycji. Spotkałam się z nim niedawno i zapytał mnie: „Jak ty to robiłaś, że grałaś spektakle, miałaś studia i jeszcze uczyłaś się tych piosenek na pamięć?”. Ja mówię: „Słuchaj, nie wiem, jak ja to zrobiłam.” Bo kiedy teraz o tym myślę, to nie wiem, jak to było możliwe. Naprawdę nie wiem, kiedy znalazłam czas na dodatkowe próby związane z programem, na te nagrania. Może tego nie widać w telewizji, ale to czasami jest tak, że po prostu człowiek śpiewa podczas próby dzień przed nagraniem o dwudziestej drugiej, w pełnej charakteryzacji, z całą tą przyczepioną twarzą i tak dalej, a musi się pojawić ponownie na planie o piątej rano. Pamietam, że parę razy zastanawiałam się, czy powinnam wracać w ogóle do domu, czy już może byłoby wygodniej, gdybym tam nocowała. Jest to wielka przygoda. Na pewno koszmarnym stresem było dla mnie to, kiedy się dowiadywałam, że mam utwory, w których muszę robić dość skomplikowane choreografie, natomiast satysfakcja w momencie, kiedy to się udawało, była przeogromna. Prywatnie chyba nigdy w życiu bym się na takie wyczyny nie zdecydowała, a w tym programie nie ma czasu, żeby się nad tym zastanawiać, po prostu trzeba to zrobić i tyle. Fajne było to, że nikt tam nikogo na siłę nie zamyka, nie mówi: „ty nie umiesz tańczyć, ty nie tańcz”, tylko każdy się stara, żeby to wyglądało jak najlepiej. Później było nawet tak, że mowiłam,: „O, chciałabym zrobić ten fragment choreografii!” I tak patrzyli z przymrużeniem oka: „Ale dasz radę?”. „Tak, tak!” – i będę tam siedziała po godzinach [śmiech]. Także fajnie, fajna przygoda – polecam, naprawdę. Idealnie, jeżeli ktoś może się skupić tylko na programie. Gdybym ja mogła się skupić tylko na tym, no to pewnie miałabym jeszcze lepsze wrażenie, a tak to trochę rzeczywiście była taka gonitwa, ale to była super przygoda. Już się nie mogę doczekać, aż pojadę teraz na plan i zobaczę Łukasza właśnie, jak sobie radzi. Mam nadzieję, że będzie miał tak samo dobre wspomnienia jak ja.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Nie wiem, czy w tym momencie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Ja w zasadzie od 2007 roku pracowałam, byłam w teatrze codziennie. W Buffo graliśmy codziennie, potem miałam dosłownie moment przerwy, kiedy grałam „Pięć ostatnich lat”, to przedstawienie było grane z trochę mniejszą częstotliwością, a potem weszli „Piloci” i znowu była codzienna praca. Dopiero teraz, kiedy mija trochę czasu od zakończenia sezonu, ja dopiero czuję, że zaczynam wakacje, tak naprawdę. Czuję, że moje ciało wyluzowało, że już wytraciło trochę tempo i powoli zaczynam szukać sobie jakiegoś zajęcia, bo już mnie tak trochę nosi. Zaczęłam właśnie zauważać, że przede wszystkim brakuje mi zmęczenia fizycznego, emocjonalnego. Były dwie opcje – albo, że będzie mi tego piekielnie brakowało, bo w planach miałam teraz długi urlop – oczywiście wyszło inaczej, ale bałam się że będzie albo tak, że będzie mi tego bardzo, bardzo brakowało, albo wręcz odwrotnie – że jestem tak bardzo zmęczona, że przez długi czas w ogóle nie będę myślała o tym, żeby wrócić na scenę. A wyszło jak wyszło, czyli wyszło tak, że po prostu będę pracowała znowu z mniejszą częstotliwością, więc wyszło super. Nowe wyzwanie przede mną, takie, którego sama bym też sobie nie wyznaczyła. Od listopada będę grała w „Once”, także to jest dla mnie coś nowego – będę musiała grać na fortepianie i śpiewać jednocześnie. Znowu na małej scenie, bliski kontakt z publicznością. Trochę jest to inna specyfika grania, niż na dużej scenie. Na dużej scenie tak naprawdę czegoś brak – mi, która przeszła z małej sceny. Może jest to kwestia tego, że mieliśmy tam spektakl w zasadzie dwójkowy, więc te relacje między aktorami i między nami a widownią, ta bliskość… Na dużej scenie tego mi brakowało. Duża scena coś nam odbiera, choć nie jestem w stanie dokładnie tego nazwać.

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Ciężko powiedzieć. Ja tak naprawdę nie byłam jakąś wielką fanką musicali, tak jak mówiłam – to, że w ogóle pracuję w teatrze muzycznym, to się wydarzyło przez przypadek. A miłością do musicalu zaraziłam się w Teatrze Muzycznym Roma, kiedy tą pasją mnie ludzie zarazili, kiedy pchnęli do tego,
żeby się w tym kierunku rozwijać. Głównie podziękowania kieruję w stronę Dyrektora Wojciecha Kępczyńskiego i Agnieszki Brańskiej.

Wymarzona rola… Bardzo byłam zadowolona w momencie, kiedy przygotowywałam się na casting do „Miss Saigon”, do roli Kim i to jest wymarzona rola. Wymagajaca wokalnie, to przede wszystkim, ale i emocjonalnie. I tu sie pojawia sprzeczność, bo czuję, że tak naprawdę dopiero na tym etapie życia, na którym jestem, czuję się gotowa, żeby to zagrać, udźwignąć psychicznie i naprawdę dobrze przekazać to, co ta Kim powinna przekazać widzom, a tu się okazuje, że jestem już za stara. Kim rzeczywiście musi trącać młodzieńczym duchem i jestem sama ciekawa, bo jeszcze nie widziałam, jak dziewczyny sobie radzą, i jak siedemnastolatka ma w sobie odnaleźć naprawdę poważne emocje. Jest to bardzo trudne. Ale jest to jedna z tych ról, które chyba każda aktorka, wokalistka musicalowa chciałaby zagrać. Czy coś jeszcze? Z tych, które do tej pory grałam to rzeczywiście „Pięć ostatnich lat” to było coś wyjątkowego, ale to chyba była kwestia relacji z partnerem. My z Łukaszem też bardzo się prywatnie zaprzyjaźniliśmy. Fantastycznie się to grało. Na „Pilotów” też nie mogę narzekać, rola Niny była bardzo wdzięczna. Nie wiem, czy jest jeszcze jakaś inna rola, którą chciałabym koniecznie zagrać. To się chyba zmienia, tak jak kwestia jaką człowiek ma ulubioną piosenkę. Tak samo chyba, w zależności od tego, w jakim stanie emocjonalnym jest, co się dzieje w jego życiu, pewnie te wymarzone role też się zmieniają. Na pewno średnio sobie siebie wyobrażałam w roli Aidy, dlatego też postanowiłam zrezygnować z tej opcji. Czasami takie decyzje też warto podejmować, bo w zamian za to, na przykład, dostałam propozycję zagrania głównej roli w „Once”, co na pewno w jakiś sposób mnie rozwinie. Jestem teraz na etapie nauki utworów i tak dalej, ale mam jeszcze trochę czasu, więc ogarnę temat, mam nadzieję [śmiech]. Ekipa jest fajna, bo już brałam udział w próbach, także już się nie mogę doczekać, oni chyba też się nie mogą doczekać. Będzie fajnie, naprawdę. Bije od nich taka energia, że chyba nie mogę tego popsuć [śmiech].

Dziękujemy za rozmowę!

Dodaj komentarz