Zapraszam na wywiad z Agnieszką Tylutki!
Jak zaczęła się Twoja przygoda z teatrem?
Tak naprawdę wszystko się zaczęło, gdy dostałam się na studia do Akademii Muzycznej w Gdańsku na musical. Nie miałam wcześniej wielkiej styczności z teatrem, ewentualnie jakieś koncerty – ale to były koncerty, to nie były żadne spektakle, nie było żadnych ról, postaci.
Czyli najpierw było śpiewanie, a potem dopiero teatr?
Właściwie zaczęło się dość banalnie i typowo. Gdy rozpoczynałam naukę w podstawówce, równolegle rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, gdzie przez sześć lat uczyłam się gry na skrzypcach. Kiedy poszłam do liceum, to sobie pomyślałam, że chciałabym się rozwijać w kwestii śpiewania, bo od zawsze to lubiłam i robiłam. Marzyłam tylko, żeby było to takie profesjonalne. Idąc za ciosem zapisałam się do Centrum Sztuki Wokalnej, do pani Anny Czenczek.
I tak to się zaczęło. Tam pierwszy raz stanęłam na scenie z mikrofonem, brałam udział w konkursach i festiwalach, śpiewałam na koncertach, miałam do czynienia z ruchem scenicznym i muzyką na żywo. To Pani Ania zachęciła mnie później do tego, żebym spróbowała swoich sił na egzaminach wstępnych do różnych szkół i tak też zrobiłam.
Co jest najciekawsze w byciu aktorem musicalowym?
Po pierwsze, nie rozróżniałabym aktora na musicalowego i nie musicalowego. Jest po prostu aktor, a jeżeli potrafi jeszcze zaśpiewać i zatańczyć, to czego chcieć więcej !? 😉 Wracając do pytania. Najciekawsze jest chyba to, że na scenie możemy być kim chcemy, kimś innym, niż jesteśmy w życiu. Wyzwaniem jest możliwość stworzenia swojego przeciwieństwa, przekraczanie granic i odkrywanie nowych rejonów.
Tak naprawdę to jest takie ubogacanie nas samych. Jeżeli mamy do tego możliwości i narzędzia, to jest to ciekawe i piękne przeżycie.
Łatwiej się gra na roli czy w zespole?
To są trochę inne trudności, bo inna odpowiedzialność spoczywa wtedy na aktorze. Myślę, że i jedno, i drugie jest bardzo wymagające. Główna rola to prowadzenie całego spektaklu, to za nią podąża widz i jej historię śledzi.
Rola w zespole to umiejętność współpracy, tworzenie zgranej zbiorowości, grupy. To stanowienie tła, które jest bardzo ważne, by całość była spójna i żeby wszystko działało tak jak powinno.
Jesteś aktorką Teatru Syrena. Który z tytułów tego teatru jest według Ciebie najlepszy lub najbliższy Twojemu sercu?
Nie jestem tzw. etatową aktorką w Syrenie, ale grając w trzech tytułach z całego repertuaru tego teatru jestem przywiązana do tego miejsca i czuję się tam trochę jak w domu.
Nie umiem powiedzieć, który jest najlepszy, bo Syrena dysponuje szerokim wachlarzem. Jest bardzo duża różnorodność w spektaklach, które proponuje widzom i to jest ogromna zaleta tego miejsca. Nie ma tak, że coś się powtarza. Każdy spektakl jest inny i to daje możliwość przyciągnięcia różnych widzów. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Natomiast najbliższy memu sercu jest spektakl „Rodzina Addamsów” i postać Wednesday Addams.
Czy to Ty wybrałaś teatr, czy to teatr wybrał Ciebie?
W sumie to nie wiem, kto kogo wybrał. Ale wydaje mi się, że decyzje które podejmowałam i podejmuję nadal sprawiły, że to ja wybrałam teatr, a on mnie po prostu zaakceptował – mam nadzieję. 😂
Ile jest prawdy w tym, że aktorzy najbardziej lubią grać role skrajnie różne od ich charakteru?
Nie wiem, ile jest w tym prawdy. Ale tak jak już powiedziałam wcześniej, wydaje mi się, że to jest super wyzwanie dla kogoś, kto ma taką możliwość i jest to na pewno ciekawa praca. Dla mnie takim wyzwaniem było tworzenie roli Polly w „Operze za trzy grosze”. Jesteśmy skrajnie różne i praca nad tym spektaklem była dla mnie wspaniałą lekcją i bardzo dużym wyzwaniem. Dziękuję Jerzemu Połońskiemu za to, że miałam tę możliwość. Mam nadzieję, że mi się to udało, że podołałam i sprostałam. To była ciężka praca ale pozwoliła mi odkryć i odsłonić nowe przestrzenie i na zawsze odcisnęła się w moim sercu i głowie.
Co jest najtrudniejsze w przygotowaniu się do castingu i w samym castingu?
Jak wspominam moje pierwsze castingi, to wszystko było dla mnie trudne i paraliżująco-przerażające. Wiadomo, że z każdym kolejnym przesłuchaniem trochę się uodporniamy. Teraz staram się do tego podchodzić z większym dystansem, luzem i, podkreślam tutaj słowo – staram się – bo zawsze jest presja, stres, burza myślowa w głowie. Chęć pokazania się od jak najlepszej strony, bo walczymy wtedy o pracę, o marzenia i to wszystko ciąży na naszych barkach i w naszych sercach. Jest bardzo dużo piekielnie zdolnych ludzi, którzy często są naszymi kolegami, znajomymi czy przyjaciółmi i dlatego tak ważne jest, by zachować zdrowy rozsądek i podejście do rywalizacji.
Dla mnie najtrudniejszym momentem jest chyba to pierwsze zderzenie z komisją i kilka pierwszych słów piosenki czy tekstu, a potem to już płynie samo, oswajam się z sytuacją, jakaś realizacja zadań i poleceń i się dzieje.
Jak to jest pracować na scenie ze swoim mężem?
Pamiętam jak na studiach powtarzali nam jak mantrę, że bardzo mało prawdopodobne jest to, że kiedykolwiek będziemy pracować razem, a tu proszę – niespodzianka, szok i niedowierzanie, ponieważ zrobiliśmy już wspólnie cztery tytuły. Byliśmy na jednym roku, więc cały proces poznawczy w naszej relacji na stopie prywatnej i zawodowej toczył się równolegle. Znamy się dobrze z obu stron, ale ciagle czymś się wzajemnie zaskakujemy. Bardzo lubię pracować z moim mężem i mam nadzieję, że on ze mną też (śmiech).
Czy ciężko jest wytrzymać na scenie z Przemkiem Glapińskim, który w spektaklu „Rock of Ages” występuje w roli Lonny’ego?
(śmiech) Ja uwielbiam Przemka na scenie w każdym spektaklu, który widziałam z jego udziałem i w tym przypadku, nie ma wyjątku, absolutnie kupuję to, co robi. Jego Lonny śmieszy mnie niezmiennie na każdym spektaklu. Bardzo się cieszę, że mogę z nim pracować. Gra mojego ojca w „Rodzinie Addamsów”, męża w „Operze za trzy grosze”, kochanka w „Czarownicach z Eastwick” i śmiejemy się, że mogłabym zagrać jeszcze jego siostrę i matkę, wtedy byłby pełen wachlarz. Przemek jest fantastycznym aktorem i ta, jak to powiedziałaś, jego jazda po bandzie w „Rock of Ages” sprawdza się w 100%. Cały ten spektakl jest jazdą po bandzie, a on to świetnie podkręca i uzupełnia.
Wspomniałaś o „Operze za trzy grosze”. Czy to było Twoje największe teatralne wyzwanie? Czy był jeszcze trudniejszy tytuł do przygotowania?
Każda rola była wyzwaniem i z każdą wiązały się inne trudności do pokonania, ale, jak już wcześniej powiedziałam, ”Opera za trzy grosze” to było do tej pory moje największe teatralne wyzwanie.
Jak się zaczęła przygoda z Brandenburgią?
Zaczęło się na studiach. Moja uczelnia podpisała kontrakt, który dotyczy współpracy z teatrem w Niemczech, w niewielkim miasteczku Schwedt leżącym właśnie w Brandenburgii, jakieś 50-60 kilometrów od Szczecina. Drogą castingową wybierali osoby, z którymi chcieliby współpracować. Wtedy akurat był to spektakl o przeprowadzeniu przez Lutra reformacji w kościele, grałam zakonnicę – jedną z wielu (śmiech), to było bardzo ciekawe doświadczenie. Nie byłam tam sama, pojechało nas kilkoro. Największą barierę stanowił język, gdyż nie znam niemieckiego. Ale nie był to na tyle duży problem, by udział w spektaklu był niemożliwy. Dostaliśmy scenariusz przetłumaczony na język polski, mieliśmy zajęcia z wymowy z lektorem, o wszystko zadbali, byśmy czuli się komfortowo i mieli swobodę w pracy. Bardzo ciepło wspominam ten czas.
Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Moje musicalowe marzenie jest chyba nie do osiągnięcia, ponieważ ja kocham tak zwane „czarne musicale”. To jest moja miłość od zawsze. A poza tym to może „Waitress”? Trudny wybór. Gdybym dłużej się zastanowiła to na pewno powstałaby długa lista. (śmiech)