„teatr To jest siła, która nakręca do codziennego działania. Jest to obiekt mojej wielkiej miłości, chociaż wiadomo, że miłość czasami bywa trudna. Jest to miejsce w którym czuje się dobrze.”, Wywiad z Maćkiem Pawlakiem

Aktor i wokalista musicalowy. Debiutował w 2008 roku tytułową rolą w musicalu „Pinokio” w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Na scenie GTM występował jako Rolf Gruber w „Dźwiękach Muzyki”, Lucas Beineke w „Rodzinie Addamsów”, Lizander w spektaklu tanecznym „I Have a Dream” oraz w „Hair”, „High School Musical”, „Tarzan”, „Kot w butach”. W Teatrze Rozrywki grał główną rolę Maxa Pollacka w musicalu „Our House”, w Krakowskim Teatrze Variété kreował rolę Emmetta Forresta – partnera tytułowej „Legalnej Blondynki”.
Obecnie związany najsilniej z warszawskimi scenami – w Teatrze Rampa w Warszawie można go zobaczyć w roli Kacpra w „Rapsodii z Demonem” z muzyką zespołu Queen. W Teatrze Syrena gra Michaela w „Czarownicach z Eastwick” i Lucasa w „Rodzinie Addamsów”. W Teatrze Muzycznym w Łodzi wciela się w rolę Chrisa w „Miss Saigon”. Koncertuje z orkiestrami i w kameralnych składach w Polsce i za granicą z repertuarem musicalowym oraz filmowym. Jest managerem i artystą w firmie Broadway w Polsce, produkującej koncerty i spektakle muzyczne, m.in. uznany przez krytyków i widownię koncert „Broadway Exclusive”.
W Teatrze Muzycznym w Poznaniu kreuje tytułową rolę w musicalu „Pippin”.
źródło

Zapraszam na wywiad!

Co było u Ciebie pierwsze, pasja do muzyki czy do teatru?
Do muzyki. Jak miałem mniej niż pięć lat, rodzice zapisali mnie na zajęcia z pianina. Chodziłem do pani w klubie osiedlowym, gdzie odbywały się zajęcia dla dzieci. Tam stawiałem pierwsze kroki w jakiejkolwiek nauce muzyki. Zawsze byłem muzykalnym dzieckiem. Cały czas tańczyłem, jak coś leciało w domu, coś sobie śpiewałem i tak dalej, więc rodzice naturalnie zauważyli, że te zajęcia będą dobrym pomysłem. Była jedna nauczycielka, potem druga, potem jakiś pan i tak się ten fortepian ciągnął. Gdzieś pojawiło się to, żebym zaczął szkołę muzyczną, ale to był jeszcze ten moment, kiedy panowała opinia, że szkoła muzyczna zabiera dzieciom dzieciństwo. Te różnego rodzaju zajęcia trwały do momentu, kiedy miałem kilkanaście lat. Kończąc szkołę podstawową dowiedziałem się, że w Gliwickim Teatrze Muzycznym pojawiły się zajęcia teatralne. Od drugiej klasy gimnazjum zacząłem chodzić do szkoły muzycznej. Teatr… pojawił się gdzieś po drodze.

Wspomniałeś o Gliwickim Teatrze Muzycznym. Jak wspominasz pracę tam i który spektakl był tym najlepiej wspominanym?
Pracę wspominam nieziemsko. Wyobraź sobie – masz 13 lat, przychodzisz do teatru i widzisz aktorów, których widziałeś już od lat na scenie, oni Cię zaczynają uczyć. To jest super. Dwa lata później dołączasz tam do zespołu. Dostałem rolę w normalnym spektaklu, mogłem się z nimi spotykać i pracować razem z nimi na scenie. Ktoś zauważył we mnie potencjał i postanowił dać mi szansę. Tym kimś był pan Paweł Gabara, dyrektor teatru. Zacząłem pracować coraz więcej, na szczęście przy dużej moderacji ze strony rodziców i też samego dyrektora, żebym nie zawalał przez to szkoły i traktował to jako zabawę, rozrywkę i naukę. Żeby nie było tak, że ja teraz poświęcam całe życie dla teatru w Gliwicach. Dobrze, że jako dziecko trafiłem do takiego miejsca, bo to był teatr o pewnej ukształtowanej hierarchii. Mogłem obserwować konkretne zespoły twórcze pracujące w teatrze – solistów, wokalistów, tancerzy, chór i tak dalej. Miałem to wyselekcjonowane i mogłem poznać warsztat tych ludzi chyba dość dogłębnie. To przynosiło dużo dylematów i dysonans poznawczy, bo do tej pory nie rozumiem, jak można inaczej słyszeć muzykę jako wokalista i jako tancerz, ale tak jest (śmiech) i odczułem to bardzo wyraźnie, kiedy robiłem jeden spektakl z baletem. Był tylko balet, ja i jeden kolega – Przemek Łamacz, który teraz gra między innymi w „Operze za Trzy Grosze” w Teatrze Variété. Robiliśmy spektakl taneczny ze szwedzkimi choreografami. Był to „Sen Nocy Letniej” Szekspira, ale na muzyce Abby. Wtedy się przekonałem, że można to „raz” słyszeć w innych momentach. To też było dla mnie ciekawe, bo musiałem się dostosować. To często jest tak, że jeśli tańczymy jakieś numery i ja jestem solistą aktorskim, no to jestem z przodu i generalnie trochę do mnie muszą się dopasować. Nawet jeśli ja tańczę źle (śmiech). A tutaj było odwrotnie i też byłem solistą w tym spektaklu, ale to ja się musiałem, i w sumie chciałem, dostosować. Zobaczyć taką produkcję z perspektywy zawodowych tancerzy.
Poznałem w Gliwicach wiele fantastycznych osób, które dalej są dla mnie autorytetami i o których często myślę. Wiolę Białk, Michała Musioła – takie osoby, dla których ta scena była domem i „na nie” się do teatru przychodziło. Fantastyczne postaci z którymi pracowałem praktycznie przy każdym spektaklu. Kasia Wysłucha, fantastyczna aktorka i asystent reżysera w produkcjach, z ogromnymi umiejętnościami artystyczno-organizatorskimi. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o nabieranie wzorców do późniejszej pracy, to nie mogłem trafić lepiej. Być może przez to, że byłem młody i nie dopuszczano mnie do takich rzeczy, to nie widziałem jakichś zaszłości, niesnasek pomiędzy tymi ludźmi. Wiadomo, że coś było i nie muszą się wszyscy lubić. Natomiast wydaje mi się, że nie był to teatr z toksycznym zespołem. A są takie teatry, gdzie są koleżanki w jednej roli i jedna drugiej by po prostu łeb urwała. Może właśnie dzięki temu, że wyrosłem z takiego teatru rodzinnego, domowego i z dobrą atmosferą, z szacunkiem do pracy, do innych i do sztuki, teraz nie potrzebuję karmić się i inspirować jakimiś zachowaniami małych ludzi w innych teatrach. Nie interesuje mnie to. Co też czasami wpędza mnie w pułapki, bo próbuję jakąś rozmowę w pewnym gronie zainicjować a tu się okazuje, że to grono ze sobą nie rozmawia (śmiech). Ale wydaje mi się, że to nie mój problem.
Nie wiem, czy mogę wybrać któryś konkretny spektakl. Tak naprawdę każdy był jakimś takim wielkim marzeniem. To dalej były lata, w których ja się bardzo dużo uczyłem i kształtowałem. Z resztą to chyba dalej są te lata i mam nadzieję, że zawsze takie będą. „Pinokia” wspominam z dużym sentymentem. Był to jeden z przełomów. Pierwszym pełnoprawnym musicalem w którym występowałem w zespole był „Footloose”, więc do niego też mam olbrzymi sentyment. Nie mogę się doczekać aż zobaczę „Footloose” w Poznaniu. Teraz nie miałem okazji, ale bardzo bym chciał to zobaczyć. Wielkim marzeniem dla mnie były „Dźwięki Muzyki”. Uwielbiałem to grać, mimo że moja rola tam była bardzo niewielka. Zawsze mnie ciągnęło do klasycznych musicali z orkiestrą. Potem, gdy więcej się o nich dowiadywałem, to jeszcze bardziej wydawało mi się, że to są takie rzeczy, które powinno się grać o każdej porze dnia i w każdym kraju. One wyznaczają jakość gatunku i branży. No i „Rodzina Addamsów”, która potem troszkę ewoluowała i przeprowadziła się do Warszawy. To spektakl, który żyje i na razie niekończąca się historia. Mimo że miała przykry epizod związany z rozwiązaniem teatru w Gliwicach.

Fot. Kinga Karpati

Co sprawiło, że zdecydowałeś się wziąć udział w castingu do „Miss Saigon”?
Jestem freelancerem i potrzebuję pracy, więc postanowiłem nie odbierać sobie szans pracowania, nawet jeśli nie jestem do końca przekonany do czegoś. Historia udowodniła mi, że czasami reżyser wie lepiej, czy ja chcę czy nie. Być może zauważy we mnie coś, czego ja nie widzę i postanowi to ze mnie wyciągnąć i na tym pracować. Nie wiem czy tak było w przypadku Chrisa, bo ta historia castingowa była skomplikowana. Ja teoretycznie nie za bardzo ich zachwyciłem. Miałem na casting przygotować rolę Thuya, ale widzieli mnie na koncercie z Raminem (Karimloo – przyp. red.) w Teatrze Polskim i przekonali się, co potrafię. Postanowili dać mi tego Chrisa i tak się zaczęło. Dzięki temu obejrzałem „Miss Saigon” i wtedy się zachwyciłem historią, a przede wszystkim muzyką, która cały czas ten spektakl niesie i jest niedościgniona. Okazało się, że Chris wcale nie jest taką pozytywną postacią do zagrania. Ciężko nam jest oceniać jego moralność, bo to jest człowiek złamany życiem, ale właśnie to, że można zagrać postać, która robi źle, ale nie da się jej nienawidzić i nie da się jednoznacznie skreślić, jest bardzo ciekawe. Dotykanie emocji i takich rzeczy, których nie mam prawa znać i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał, bo nie będzie wojny, było bardzo rozwijające. Ostatecznie cieszę się, że ten casting się powiódł.

Wspomniałeś o koncercie z Raminem. Jak do tego doszło, że mogłeś wystąpić z taką legendą i jakie to uczucie śpiewać z nim na jednej scenie?
Współpracuję z Kubą Wocialem i jego firmą Broadway w Polsce. Kiedyś wpadł na pomysł, żeby zaprosić Ramina i zaczął ten pomysł rozwijać. Kuba doprowadził do tego, że Ramin faktycznie przyjechał. Wybraliśmy utwory i zaczęliśmy ćwiczyć. Nie przypominam sobie żadnego koncertu w naszej ekipie, przy którym bylibyśmy tak zestresowani, tak spięci i zdeterminowani, żeby to wszystko wyszło. Przyjedzie pan aktor z zagranicy i trzeba będzie pokazać nasz poziom. Dobrze, że tak się stało i udowodniliśmy sobie, że potrafimy przygotować koncert na światowym poziomie i wszyscy tak zaśpiewać. Nie miałem już w tym sezonie takiego koncertu, żebym czuł, że aż tak to niesie. Trzeba też przyznać, że widownia była niesamowita. To było jak koncert Beyoncé (śmiech), ale w tym wszystkim pojawił się on – skromny, przyjazny, doskonale przygotowany, uśmiechnięty, spokojny. Poszliśmy na obiad przed koncertem, pogadaliśmy. Ramin to jest człowiek, który w bardzo przyjemny sposób od razu skraca dystans. Nie wiem, czy introwertyk to dobre słowo, ale jestem typem, który niespecjalnie czerpie energię z ludzi. Ja raczej potrzebuję czasu, żeby się oswoić z innymi i nie jestem taki do przodu, żeby się ściskać i robić imprezę powitalną. On zrobił to tak delikatnie, od razu nas rozluźniając, że to był faktycznie niezapomniany dzień. Jest wspaniałą osobą – nic tylko czerpać z niego przykład i oglądać, jak należy się zachowywać. Wizyta Ramina oraz to, jakim on się okazał człowiekiem na scenie i prywatnie, tylko to potwierdziła. Jeśli moje myślenie o tym zawodzie i o tym, jakim w tym powinienem być człowiekiem jest takie i on to potwierdza, to chyba jestem na dobrym szlaku.

Czy trudno łączy się śpiew, aktorstwo i taniec będąc na scenie?
Tak i nie. Jeżeli coś jest dobrze napisane to nie, ale też tak. To po prostu wymaga doskonałej kondycji, co mnie przeraża. Od dawna nie miałem roli tak łączącej ruch i wszystko inne jak Pippin. On jest cały czas na scenie, non stop tańczy i śpiewa. Wymaga to jakiejś predyspozycji. W branży są liczne osoby, które albo śpiewają albo tańczą. Na szczęście jest coraz więcej takich, które śpiewają, tańczą i jeszcze potrafią dobrze zagrać. Następuje rozwój pod tym względem. Ludzie mają świadomość, że muszą nadganiać. Pewnie to brzmi jakbyśmy byli jakimiś nieukami. Nie, w Polsce jesteśmy fantastycznymi wykonawcami, tylko cały czas trzeba się rozwijać, dbać o siebie, o swoje ciało, o swój głos. A jeżeli temu pomaga materiał, który napisany jest tak, że śpiew wychodzi ci z dialogu, a taniec ze śpiewu, to jest sama przyjemność. Podejrzewam, że wielokrotnie aktorzy dramatyczni w niektórych scenach chcieliby zaśpiewać, albo zatańczyć, bo to, co mają napisane, już im nie wystarcza, a my możemy już tak zrobić.

Fot. Kinga Karpati

Znalazłam w Twojej historii takie wydarzenie jak Band 2010: Song for Europe. Jak je wspominasz?
To był ciekawy eksperyment. Uzdolniona muzycznie i teatralnie młodzież z różnych krajów miała się spotkać w Niemczech i przez jakiś czas pracować nad piosenkami, które służyły integracji między narodami, poznawaniu kultur i tak dalej. Pracowaliśmy sobie, zrobiliśmy piosenki, to były takie wakacje, ale twórcze. Na koniec mieliśmy to wykonać na większym wydarzeniu, ale wtedy gdzieś tam nieopodal wydarzyła się tragedia podczas Parady Równości. Nie wiem czy przez żałobę narodową, czy przez wyciszenie wydarzeń kulturalnych w związku z tą tragedią, skala zmalała.
Tamten czas obfitował w nowe znajomości i do tej pory utrzymuję trochę kontaktów z ludźmi stamtąd.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Skaraniem boskim (śmiech). Nie no, szczerze mówiąc, to zawsze są trudne pytania. Jak jesteś w teatrze od dziecka i on się zawsze gdzieś przewija w różnych aspektach twojego życia, to tak naprawdę ciężko to zdefiniować. To jest siła, która nakręca do codziennego działania. Jest to obiekt mojej wielkiej miłości, chociaż wiadomo, że miłość czasami bywa trudna. Jest to miejsce w którym czuje się dobrze. Były momenty w ostatnich latach w których myślałem, że spokojnie mógłbym to skończyć i się tym nie zajmować. Podejrzewam, że gdyby przyszło co do czego ze względów zdrowotnych, to nie byłby jakiś dramat. Jestem osobą, która potrafi zaadaptować się do różnych warunków. Wiem, że skończyłaby się bardzo ważna era w moim życiu. Teraz jest tak, że w każdym teatrze mam jakichś przyjaciół. Teatr stworzył mi jakąś taką sieć drugiego życia poza domem. Te kontakty i zawodowe, i prywatne są nie do przecenienia. Spotykam w teatrach również paskudnych ludzi, ale w większości jednak są tam osoby, od których mogę wiele czerpać i dać im wiele. Teatr chyba jest dla mnie całym życiem.

Czy jest jakaś musicalowa rola, którą naprawdę chciałbyś zagrać, będąca Twoim marzeniem?
Nie mam jakiejś bardzo wymarzonej roli, bo widzę, że one same przychodzą. Wystarczy, że człowiek „płynie z biegiem rzeki”. Chciałbym zagrać coś mocno odrealnionego, jak zwierzę, małe dziecko, przedmiot. Tego nie mam i nigdy nie miałem za dużo, więc to by było dla warsztatu interesujące. Coś kompletnie „od czapy”, np. dywan w „Aladynie” (śmiech).
Bardzo mnie interesuje rola Archibalda Cravena z „Tajemniczego Ogrodu”, tylko że to jest rola, do której jestem o jakieś 15 lat za młody, więc to mnie nie frustruje.
W ogóle za to nie mam marzeń, by grać Valjeana, albo Upiora. Ta klasyka tak, ale jest już tyle pięknych, nowych ról! Super by było zagrać w „Dear Evan Hansen”, ale nie wiem czy na to z kolei nie jestem za stary.
Bardzo bym chciał zagrać George’a w „Niedzieli w Parku z George’em”.
Ta rola nie jest jakoś rygorystycznie obwarowana, jeśli chodzi o wiek. Generalnie sondheimowskie produkcje są moimi marzeniami („Company”, „Real Light Music”).

Dodaj komentarz