Aktor, wokalista, instruktor teatralny. Absolwent Studium Wokalno-Aktorskiego im. D. Baduszkowej w Gdyni oraz Akademii Muzycznej im. S. Moniuszki w Gdańsku (wokalistyka jazzowa). Na swoim koncie ma role w produkcjach Teatru Muzycznego w Łodzi i Teatru Muzycznego w Gdyni oraz Teatru Muzycznego w Toruniu, a także Teatru Komedii Valldal. Zagrał również w serialu „Linie życia” i filmach „Józek idzie do nieba”, „Czarny Czwartek”, „Rubin Maharadży” (zdjęcia kręcone w Indiach). Kocha windsurfing i uwielbia mieć samochód zawalony płytami CD. źródło
Dlaczego zostałeś aktorem?
Moi rodzice są aktorami – mama jest aktorką Teatru Muzycznego w Gdyni, a tata w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Od dziecka chodziłem do teatru i oglądałem spektakle, przesiąkałem teatrem. „Wciągałem kurz desek” (śmiech). Scena działa trochę jak narkotyk, ja jako dziecko spróbowałem i wciągnąłem się w ten świat. Przy wyborze szkoły wiedziałem, że będę uderzał w kierunek musicalu.
Dlaczego musical?
Najbardziej mi się podobała ta forma teatru, bo łączy muzykę i śpiew z tańcem, z aktorstwem i przez to dużo można pokazać artystycznie.
Jak wspominasz swój debiut?
Pierwszy raz wystąpiłem mając 12 lat, grałem w Teatrze Muzycznym w Gdyni w „Scrooge”. Bardzo miło to wspominam. To była bardzo duża produkcja, jeździliśmy z tym spektaklem po Holandii.
Z kolei mój debiut na „dorosłej scenie” to był spektakl „Grease” w TM w Gdyni. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z musicalem w dorosłym życiu. Tę produkcję też miło wspominam, wyreżyserował ją dyrektor śp. Maciej Korwin.
Czy stresujesz się jeszcze przed wyjściem na scenę?
Nie, nie mam stresu, chyba że zdarzają się spektakle improwizowane, wtedy pojawia się stres spowodowany tym, że nie wiem, co się wydarzy, jak widownia zareaguje, ale taki stres działa motywująco. Ja lubię pracować w improwizacji, więc sprawia mi to satysfakcję i frajdę. No i przed premierami też są stresy, bo nie wiadomo, jak to będzie odebrane.
Co stanowi dla Ciebie największą trudność przed występem na scenie ?
Chyba taniec – jeżeli jest bardzo wymagający ruchowo, to musi mi się ułożyć w głowie i to zajmuje najwięcej czasu.
Czy w Twoim życiu zdarzyły się momenty, kiedy chciałeś zrezygnować ze sceny?
Nie, tak na poważnie na pewno nie, ponieważ gdzieś tam zostało to zakorzenione we mnie i chcę to robić, ale życie artysty ma to do siebie, że, po pierwsze: nie ma pewności, jeśli chodzi o ciągłość pracy, nie wiadomo czy reżyser będzie chciał nadal z tobą pracować, a jeśli nie będzie chciał, to który będzie chciał itd. Po drugie, jeśli się złamie nogę, to zawodu nie ma. To bardzo niepewny zawód. Gdzieś tam z tyłu głowy mam ułożony jakiś plan awaryjny, ale to nie jest całkowita rezygnacja ze sceny, bo i tak scena by się w nim pojawiała.
Scena teatralna czy plan filmowy?
Scena, absolutnie scena, bo spotykamy żywych ludzi i widzimy, że nas obserwują.
Poza tym scena jest o tyle też trudniejsza i bardziej satysfakcjonująca, że robi się daną rzecz raz. Wychodzi się na scenę i się gra. Plan filmowy ma tę wygodę, że jeżeli coś nie wyjdzie, to robi się dubel i można powtarzać to kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt razy, aż wyjdzie jeden dobry. W teatrze próbuje się coś wiele razy, żeby potem wszystko wychodziło dobrze i dlatego uważam, że scena jest dużo ciekawsza.
Jeśli miałbym wybierać, z czego bym zrezygnował, to na pewno z planu filmowego.
Łatwiej się gra na roli czy w zespole?
Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie, bo zależy jakiej roli i w jakim zespole, bo powiedzmy że grałbym w zespole Cirque du Soleil – podejrzewam, że byłoby to dużo trudniejsze niż bycie na roli w teatrze.
A biorąc za przykład ubiegły tytuł – „Piloci”? Grałeś rolę Franciszka Pola oraz w zespole – co było łatwiejsze do odegrania?
Wydaje mi się, że Franka, granie tej postaci dawało mi satysfakcję.
Wcielając się w pilota miałem jeden kostium, natomiast podczas gry w zespole tych kostiumów miałem bardzo dużo i często trzeba było się przebierać.
Jaka rola była najtrudniejsza do odegrania?
Są dwie takie role. Pierwsza to lew Alex z „Madagaskaru” w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Ze względu na kostiumy i charakteryzację, które tam mamy, po prostu leją się z nas hektolitry potu, to jest dosyć spora trudność.
Drugi spektakl to „Emigrantka” w Gdyni, to było przedstawienie dramatyczne. Trudność polegała na tym, że graliśmy go z koleżanką we dwójkę, koleżanka grała samą siebie – jest Norweżką, która przyjechała do Polski – o tym jest „Emigrantka” – a ja grałem wszystkich Polaków i to było najtrudniejsze. Co chwilę zmiany postaci, wchodzenie co rusz w inną postać, przebiórki – to było bardzo „hardcorowe”, ale równie satysfakcjonujące.
Jak uważasz, która Twoja rola była najlepsza? Dlaczego?
Myślę, że w „Emigrantce” – tam mogłem pokazać swój warsztat aktorski, bo tych ról było tam wiele.
Na ten moment bardzo lubię rolę w spektaklu „Wikingowie. Musical nieletni” w Teatrze Valldal w Gdyni, jest to rola smoka Skymira. Bardzo lubię to miejsce, ten klimat, tę rolę gra mi się bardzo przyjemnie. Jestem jedynym dorosły, który tam gra, ponieważ pozostali aktorzy to dzieci.
No i oczywiście lubię Franka z „Pilotów”, on był przełomem w moim życiu, bo przeprowadziłem się do Warszawy. Dlatego ta postać mocno zapisze się w moim sercu i życiu.
Najdziwniejsza rola, którą grałeś?
Wiedźma Renata w musicalu „Mała Syrenka” w Gdyni. To była nasza adaptacja, wystawiliśmy ten spektakl na scenie letniej Teatru Miejskiego w Gdyni. Bazowaliśmy na filmie Disneya, ale to trochę przerobiliśmy. Bohaterowie nie mieli imion, przykładowo zamiast Arielki była Syrenka. Zrobiliśmy swoją wersję dla dzieci w wieku od dwóch do dziesięciu lat, uczącą o ekologii. Ja grałem ośmiornicę w sukience i na szpilkach — odpowiednik wiedźmy Urszuli. Totalna jazda bez trzymanki. W tym spektaklu śpiewałem piosenki heavy metalowe. To było najdziwniejsze doświadczenie sceniczne.
Co myślisz o stwierdzeniu, że „teatr musi zadawać pytania”?
Wydaje mi się, że chodzi o to, żeby spektakl oglądany przez widza skłaniał do myślenia, refleksji i do zadawania pewnych pytań odnośnie do samych siebie. Nie do wszystkich spektakli te pytania się nadają, np. mocno nastawionych na komedię, farsy i tego typu rzeczy – ich celem jest czysta rozrywka. Są spektakle, które są nastawione na śpiew i to są koncertowe rzeczy i one też nie zadają pytań.
Podejrzewam, że tu chodzi o bardziej takie tytuły, które mają puentę i skłaniają widza do myślenia.
Wolisz grać spektakle dla dzieci czy dla dorosłego widza?
Wszystko zależy od tego, jaki gram spektakl, jaka jest to bajka, bo one są różne.
„Madagaskar” w Łodzi jest bardzo trudny i po spektaklu dziękuję Bogu, że już się skończył. Czasami gramy o 11.00, więc o 8.00 już trzeba być w charakteryzatorni, a jest bardzo niewygodny. Satysfakcja z zagranego przedstawienia jest równie wielka. Dzieci są najszczerszym rodzajem widza – jak im się nie podoba, to buczą, jak im się podoba, to klaszczą, śmieją się i się cieszą. Lubię grać bajki tak samo, jak lubię grać spektakle dla dorosłych, bo dotykamy różnej tematyki w życiu zawodowym.
W ostatnią niedzielę razem z Teatrem Muzycznym w Toruniu graliśmy w Holandii propolski spektakl – „Hemar Marchewka. Próba generalizacji” i dla Polonii gra się fantastycznie. Granie dla takiej publiczności daje bardzo dużo radości. Nie chciałbym wybierać pomiędzy dziećmi a dorosłymi, bo lubię jednych i drugich.
Czym jest dla ciebie teatr?
Dla mnie teatr jest życiem i formą spędzania tego życia. Scena to nieodzowny element mojego życia. Wymaga to wielu wyrzeczeń, przestrzegania reguł. Nie wyobrażam sobie, że jest Jeremiasz i nie ma sceny – gdyby jej zabrakło w moim życiu, czułbym głód. Każdy wolny dzień spędzam w teatrze, chodzę na spektakle do różnych teatrów i oglądam wszystko na bieżąco, interesuję się tym. Teatr to moja pasja. Mam nadzieję, że teatr to dla ludzi odskocznia, która przenosi do innego świata.
Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Ostatnio się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że to się zmienia jak w kalejdoskopie, bo ja, gdy coś zobaczę i mi się spodoba, od razu myślę: „O! Fajnie byłoby to zagrać”.
Od zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać Javerta w „Les Miserables” i jestem przekonany, że to się kiedyś wydarzy. Moje myślenie artystyczne zawsze przyciąga to, o czym marzę, więc wydaje mi się, że to się kiedyś uda, będę się starać, żeby tego dokonać.
Jeśli chodzi o nowości, to jestem zafascynowany „Hamiltonem”, ale nie wyobrażam sobie tego w Polsce. Ciężko sobie wyobrazić kulturę rapu przełożoną na język polski, z kolei rapowanie po angielsku z polskim akcentem – nie wiem, czy to nie jeszcze gorsze (śmiech). To byłby mega hardcore.
Marzę o tym, żeby zagrać gdzieś za granicą, w jakiejś produkcji na West Endzie czy Broadwayu. To jest na razie nieosiągalne, ale specjalnie mam takie marzenie, bo wyżej się już nie da.