„Teatr jest moim domem.” – teatralna rozmowa z Barbarą Garstką

Dyplomowana skrzypaczka, absolwentka Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Stanisława Moniuszki w Bielsku-Białej, a także absolwentka PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie (wydział wokalno-aktorski). Debiutowała już jako studentka na deskach krakowskiego Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w głównej roli Anusi w „Szkole żon” (reż. E. Kutryś).

Zapraszam Was na wywiad z Barbarą Garstką.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z teatrem oraz z grą na skrzypcach? Która z pasji była pierwsza?
Pierwszą były skrzypce. Mając 3 lata już wiedziałam, że chcę rozwijać się w tę stronę. W wieku 7 lat zostałam zaprowadzona przez rodziców na egzamin wstępny do szkoły muzycznej. Gdy komisja zapytała mnie, na czym chciałabym grać, powiedziałam, że od małego grałam na skrzypcach (śmiech). Nauka w szkole muzycznej spowodowała, że bardzo się rozwinęłam, także jeśli chodzi o śpiew, w tym czasie również występowałam z koleżankami.


Mając 9 lat stwierdziłam, że chcę być aktorką. Brałam udział w różnych konkursach recytatorskich, w przedstawieniach szkolnych, koncertach. W wieku 13 lat zapisałam się na zajęcia musicalowe w Domu Kultury w Hałcnowie i tam poznałam Filipa Cembalę. Chodziliśmy na te zajęcia po szkole, więc codziennie, przez 12 lat, wstawałam o 5 rano, na 6 szłam na autobus, o 7:30 zaczynałam zajęcia w szkole, w szkole muzycznej miałam dużo zajęć, z których późno wracałam, a potem chodziłam jeszcze na zajęcia musicalowe, aby się dobić (śmiech) i wracałam właściwie późnymi wieczorami. Więc w wieku „podstawowym” miałam już określony przyszły zawód (śmiech).

Czy ktoś Cię zainspirował do pracy w zawodzie aktora?
Właściwie od dziecka czułam, że chcę być aktorką, interesowałam się tym i byłam w to wkręcona. Kiedyś na “Dwójce” w telewizji był taki program „W starym kinie”. Prowadził go Stanisław Janicki i były tam pokazywane filmy z lat 50. Uwielbiałam je oglądać. Prowadziłam nawet zeszyt, do którego wklejałam wycięte zdjęcia sławnych aktorek. Oglądałam te gwiazdy kina, np. Marilyn Monroe i tak wszystko pasowało do mnie, że finalnie wybrałam bycie aktorką.

Twoim debiutem była rola Anusi w spektaklu „Szkoła żon”. Jak go wspominasz?
Wspominam go bardzo miło, zwłaszcza że byłam zaskoczona, że tak wcześnie zwerbowali mnie do teatru, ponieważ zasada w Szkole Teatralnej jest taka, że nie można w ogóle brać udziału w żadnych wystąpieniach publicznych. Młodzi ludzie, dostając się do szkół jeszcze nic nie umieją, muszą nabrać warsztatu, rzemiosła. Na początku II roku studiów pani reżyser Ewa Kutryś – tamtejsza rektor szkoły, zapytała się, czy chciałabym przejąć rolę Anusi po Joannie Kulik. Zgodziłam się. Wcześniej byłam na tym spektaklu ze 3 razy i bardzo mi się podobał. Marzyłam, żeby stanąć na scenie z Krzysztofem Globiszem, więc jak dowiedziałam się, że zagram z nim w spektaklu i że to on będzie mnie prywatnie uczył tej roli – oszalałam ze szczęścia. Miałam spotkania z Globiszem w ciągu dnia, w szkole. Czasami spotykaliśmy się na 15, 20 minut u niego w gabinecie i skupialiśmy się nad jakimś malutkim fragmencikiem. Dzięki temu dużo się od niego nauczyłam, bo podchodziliśmy do tego od psychologicznej strony postaci.
Debiut w Teatrze Starym w Krakowie – w takim miejscu, przy takich ludziach – uważam za wielkie wyróżnienie. Pamiętam, że wszyscy w szkole mi gratulowali, byli pod wrażeniem, ja sama z resztą też. Zarabiałam co prawda grosze (śmiech) jako studentka, ale to nie było istotne. Liczyło się to, że miałam okazję zagrać taką rolę. Było to bardzo miłe rozpoczęcie tej całej drogi.

Zagrałaś główną rolę w spektaklu „Mamma Mia!” w Teatrze Muzycznym ROMA. Jak zaczęła się przygoda z tą postacią i w ogóle z tym musicalem?
To było trochę pokręcone, bo przeprowadzałam się z Krakowa do Warszawy, rzucając etat w Teatrze Słowackiego. Rozstałam się z nim, ponieważ dostałam główną rolę w filmie u Xawerego Żuławskiego „Zły” Marty Majewskiej. Rozpoczęto próby i pracę nad tym filmem, więc stwierdziłam, że etat w teatrze trochę mnie blokuje, że będzie mi trudno połączyć go z pracą w filmie i wymagającą rolą. Na ten film trzeba było sobie zarezerwować sporo czasu, dlatego przeniosłam się do Warszawy. W tym czasie dostałam rolę w Teatrze 6 Piętro w bajce i dowiedziałam się, że są castingi do musicalu „Mamma Mia”.

Przesłuchania te występowały równocześnie z opcją grania w filmie. Do produkcji było już wszystko gotowe, więc nie wiedziałam, czy mogę iść. Na szczęście, gdy napisałam do reżyserki castingów filmu z pytaniem, czy mogę wziąć udział w teatralnym castingu, dostałam zgodę. Uznałam, że wezmę udział i wygram. Wiele osób mówiło mi nawet: „Basiu, ty tak pasujesz na tę Sophie”. Przyszłam na casting z tym przeświadczeniem, że muszę to wygrać. Pamiętam, jak na drugim etapie kazano mi zatańczyć fragment układu „Voulez-vous”, którego nie znałam. Powiedziałam komisji, że nie znam układu, a oni: „Trudno, tańcz! Coś tam zatańczysz!”. Zrobiłam wtedy z siebie pośmiewisko, ale jakoś zatańczyłam. Później przyuczali mnie tego układu.

O moim wejściu do musicalu głównie zadecydował reżyser ze Szwecji. On mnie przesłuchiwał. Z resztą dyrektor, reżyser Wojciech Kępczyński bardzo chciał mnie na tę Sophie. Wtedy miałam już włosy ścięte na krótko. Niestety reżyser z producentem filmu nie dogadali się i film, w którym miałam grać nie powstał w tym terminie. Dlatego dobrze się złożyło, że dostałam się do Teatru Muzycznego Roma.

Czy Sherrie i Sophie mają ze sobą coś wspólnego?
Mają odmienne charaktery, inne pochodzenie i to jest dla mnie taki punkt wyjściowy.

Sophie była wychowywana na greckiej wyspie, taka dziewczyna z wyspy – szalona, pełna radości, uśmiechu, słońca; marzy, aby wziąć ślub i odnaleźć ojca. Miała całkiem inną drogę i rzecz do odegrania. A Sherrie to dziewczyna z małego miasteczka, Paoli. Przyjeżdża do LA w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia marzeń. Całkiem inny typ dziewczyny, żyją w innych czasach. „Rock of ages” – w reżyserii Jacka Mikołajczyka i choreografii Jarosława Stańka i Katarzyny Zielonki – to lata 80. Jest to mój ulubiony musical i dziękuję twórcom za ten czas prób i nasze wspólne spotkanie. Mamy bardzo zgrany skład i to czuje się na scenie – że się po prostu lubimy. Natomiast „Mamma Mia” to współczesność – oba te spektakle przedstawiają więc odmienne realia. Zupełnie różne postaci. Jedyną cechą wspólną jest młodość. Są to dziewczyny pełne energii, ciekawe świata i obie są zakochane (śmiech).

Trudniejsze jest aktorstwo dubbingowe, filmowe czy sceniczne?
To są trzy różne rodzaje gry. Na scenie przede wszystkim liczy się ekspresja, spontaniczność. Wychowywałam się na scenie, więc jest mi to najbliższe. Jeśli chodzi o dubbing, to widz nas nie ocenia, nie widzi nas. Musimy operować swoim głosem i emocjami. To też jest mi bliskie, bo zawsze czułam, że to jest coś dla mnie, co mi się podoba i co lubię robić. Gdy zamieszkałam w Warszawie, bardzo szukałam wejścia w świat dubbingu. Na nagrania mogę przyjść w dresie, z buteleczką wody, gram pełna emocji tylko przez chwilę, a później odpuszczam. Natomiast w teatrze pracuje się miesiącami nad czymś, co później trzeba uzyskać w takiej pigułce i mieć rolę w takiej formie, aby później miesiącami, latami grać to samo. To jest dużo cięższa praca. Z kolei praca przed kamerą to jeszcze co innego, bo w moim przypadku trzeba zdjąć całą ekspresyjność, pozbyć się tego wszystkiego, co jest atutem na scenie. Jest to granie bardziej statyczne, wewnątrz, w głąb, bardziej granie twarzą, oczami niż ruchem, ekspresyjnością, głosem, tańcem. Zasada jest taka, że aktor teatralny zagra przed kamerą, w filmie, a aktor tylko filmowy, serialowy już nie zagra na scenie.

Podstawą aktorstwa jest teatr. Rzemiosło i fach nabywa się w teatrze. Przed kamerą jest to całkiem inne aktorstwo, tego też się trzeba nauczyć. Niektórzy są naturalnie “ułożeni” pod kamerę. Uważam, że ja byłam zawsze bardziej sceniczna. Musiałam się dużo nauczyć przed kamerą, np. którym profilem ustawiać się do kamery. To jest nauka umiejętności gry z kamerą. To są niby drobne różnice, a tak naprawdę mają bardzo duże znaczenie. Ja jestem z natury dosyć ekspresyjna, pełno mnie wszędzie, więc przed kamerą to muszę zdejmować. W dubbingu znowu niekoniecznie, bo nikt na mnie nie patrzy, więc to się nie liczy. Brane jest pod uwagę tylko to, co podam w głosie.

Trudno łączy się aktorstwo, śpiew i taniec?
U nas w Polsce mało się mówi o aktorstwie musicalowym.
Ja byłam w szkole dramatycznej, wychowałam się w teatrze dramatycznym. Natomiast śpiewanie, muzyka towarzyszyły mi od zawsze – 12 lat śpiewałam i grałam w szkole muzycznej. To wszystko było u mnie jak alfabet, na dzień dobry.
Uważam, że aktorstwo musicalowe jest niedocenione w tym kraju, ponieważ wymaga największego warsztatu, dyscypliny, a to bardzo trudna praca. Oczywiście aktorstwo dramatyczne również, nie ujmując mu niczego. Otarłam się o teatr dramatyczny, komediowy, musicalowy i wiem, że najcięższą pracą, jaką wykonuję, jest praca w musicalach. Wymaga to ode mnie nie tylko umiejętności aktorskich. W musicalach w Polsce angażowani są ludzie, którzy nie są aktorami, tylko wokalistami. Na scenie niestety to widać, bo te osoby świetnie śpiewają, ruszają się, ale nie mają przygotowania aktorskiego. Wtedy większą pracę trzeba odbyć na próbach. Dla mnie aktorstwo przychodzi ot tak. W śpiewaniu czuję się dobrze, zawsze było mi to bliskie. Tancerką nie jestem, ale zawsze sobie mówię, że jestem aktorką, więc mogę zagrać, że świetnie tańczę (śmiech). Nauczyłam się wszystko łączyć i nie mam z tym problemu. Trzeba mieć dobrą formę i końskie zdrowie, aby cały czas uprawiać ten zawód. Niestety, zwłaszcza teraz, w okresie zimowym, często chorujemy, bo cały czas rozmawiamy, śpiewamy i jesteśmy narażeni na choroby gardła. To jest chyba najbardziej przerażające w tym zawodzie, że boli cię gardło, a tu musisz iść śpiewać i nie ma zmiłuj (śmiech). Ale nie, nie jest to dla mnie dużym problemem. Lubię też tańczyć, lubię ruch w ogóle, więc spełniam się w tym. Dobrze się czuję w musicalu, choć może nie każdy rodzaj muzyki mi odpowiada. Wszyscy baliśmy się, co to będzie w „Rock of ages”, bo muza jest cięższa, jest do zaśpiewania dużo dźwięków wysokich, krzykliwych i tak dalej, ale przy dobrych emocjach i dobrym prowadzeniu postaci da się zaśpiewać wszystko, melodia wypłynie z nas prawidłowo.

Praca z którym reżyserem była dla Ciebie najbardziej owocna?
To jest pytanie dotyczące kwestii, kto mnie najwięcej nauczył, najwięcej mi przekazał. Każdy reżyser ma swoją historię, filozofię dotyczącą tego, jak powinien przeprowadzić sytuację i jak finalnie wszystko wyjdzie.
Bardzo miło wspominam zajęcia z moim profesorem ze szkoły – dyrektorem, reżyserem w Teatrze Variete – Januszem Szydłowskim

(Basię można zobaczyć w teatrze Variete w „Operze za 3 grosze” w reżyserii Jerzego Połońskiego – rola Polly oraz w „Powróćmy do Tamtych Lat” w reżyserii Janusza Szydłowskiego). On uczył mnie prawdziwego rzemiosła aktorskiego, a także pracy w piosence aktorskiej, co jest odrębną dziedziną aktorstwa. Była to tzw. metoda stop klatki, czyli przytrzymywania emocji, wychodzenia z następną, wypuszczania. To jest umiejętność, którą trzeba wyćwiczyć i się jej nauczyć. To, czego on mnie nauczył, mogę wykorzystywać teraz w pracy i wszędzie mi się przydaje. Oczywiście owocna była pierwsza praca z Globiszem, która dała mi wiele w podstawowych dziedzinach aktorstwa, choć co prawda nie był reżyserem tego spektaklu. Mało jest reżyserów, którzy prowadzą aktorów od początku do końca, w Polsce daje się dużą wolność aktorom. Oczywiście, reżyser jest od tego, aby powiedzieć czy idziemy w dobrym kierunku, często sprowadza nas do pionu. Reżyserem, który wie czego chce od aktorów jest Wojtek Kościelniak, z którym miałam już przyjemność pracować w Teatrze Słowackiego, czy Teatrze Syrena. Przy nim czuje się komfort pracy. Daje dużo wskazówek, które można poskładać jak puzzle i zbudować rolę.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Teatr jest całym moim życiem. To jest mój dom. Często zadaję sobie to pytanie. To, co robię, jest tak bliskie mojej osobie, że fantastycznie się w nim czuję. Warto robić to, co się chce robić. Wielu ludziom brakuje odwagi, aby pójść za swoim marzeniem, albo są jakieś inne okoliczności, np. rodzice zmuszają do wybrania innego zawodu. Ja na szczęście od dziecka szłam po swoje, za marzeniami. Moi rodzice nie mieli żadnych „za” ani „przeciw” (śmiech). Może mieli jakieś „przeciw”, ale mnie to nie interesowało. Nie wyobrażam sobie życia bez teatru, bo tam można pokazać wszystko. Lubię pokazywać ludziom jakieś stany, emocje, opowiadać historię, wcielać się w różne postaci.

Musicalowe marzenie?
Nie wiem, czy w Polsce będzie możliwość ten musical zrobić – wyobrażam sobie, że musi być bardzo kosztowny. Ale byłby to „Wicked”, o czarownicach (śmiech). Nie wiem czemu, ale myślę o tym, aby w nim zagrać i polatać na miotle. Chciałabym się w tym sprawdzić. Ten musical jest trochę baśniowy, fantasy, a przy tym jest tam świetna muzyka i zabawa. To by było coś czadowego! Rzeczywiście, lubię wiele musicali, nie wszystkie może znam i kojarzę, ale zawsze marzyłam, aby zagrać w „Upiorze w Operze”. Niestety byłam trochę za młoda, kiedy były castingi tutaj, w Warszawie, więc ta przyjemność mnie ominęła.

*ogłoszenie*

Już wkrótce zapraszam do oglądania serialu „Osiecka” na TVP, gdzie Basia wciela się w rolę Elżbiety Czyżewskiej.

Dodaj komentarz