„To nie ja wybrałem aktorstwo i estradę, to one wybrały mnie.”, rozmowa z Karolem Drozdem

 

Karol Drozd – absolwent Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku na specjalności musical. Swój warsztat wokalny kształcił pod okiem prof. zw. dra hab. Ryszarda Minkiewicza. Studia muzyczne pierwszego stopnia ukończył z wyróżnieniem. Aktor scen musicalowych w Polsce i za granicą. Doświadczenie sceniczne zdobywa biorąc udział w musicalach i spektaklach muzycznych. źródło 

Fot. Marek Zimakiewicz
Fot. Marek Zimakiewicz

Pewnego listopadowego dnia, spotkaliśmy się na chwilę rozmowy.
Poniżej efekt tego spotkania 🙂

Co spowodowało, że wybrałeś zawód aktora?
Wydaje mi się, że to coś w rodzaju przypadku, odrobiny szczęścia, znaku od Boga. Interesowałem się śpiewem i tańcem od małego. Można powiedzieć, że moja artystyczna ścieżka zaczęła się w IV klasie szkoły podstawowej, kiedy to pani Anna Studzińska – ówczesna nauczycielka muzyki, dostrzegła u mnie potencjał wokalny. Przez kolejne sześć lat przekazywała mi całą wiedzę, którą posiadała, jednocześnie jeżdżąc ze mną na festiwale po całej Polsce. Dzięki naszej determinacji byłem dwukrotnie stypendystą marszałka województwa lubelskiego w dziedzinie sztuki. W międzyczasie trafiłem również na zajęcia wokalne do ówczesnej solistki Teatru Muzycznego w Lublinie  – Agnieszki Kurkówny. Dzięki niej w roku 2010 zadebiutowałem na lubelskiej scenie muzycznej rolą Księcia w baśni „Kopciuszek”. Dlaczego zawód aktora? Wygląda na to, że tak miało być. To nie ja wybrałem aktorstwo i estradę, to one wybrały mnie.

Dlaczego musical?
Ta k jak już wcześniej wspomniałem, tańczyłem, grałem i śpiewałem od najmłodszych lat. Myślę, że warto powiedzieć coś jeszcze o tym, jak to się u mnie zaczęło z tańcem. Jakby nie patrzeć, towarzyszy mi on od 8 roku życia do dziś. Już gdy byłem w drugiej klasie szkoły podstawowej, rodzice zapisali mnie na zajęcia z tańca nowoczesnego do formacji tanecznej „Marysieńki”. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, ale przeglądając rodzinne zdjęcia i słuchając opowieści wnioskuję, że radziłem sobie całkiem nieźle. Kolejnym krokiem, jak sądzę, w stronę musicalu, był taniec towarzyski, który uprawiałem blisko 8 lat. Nie będę się rozgadywał, ale mogę powiedzieć, że i w tym byłem całkiem niezły. I właśnie tu zadaję sobie pytanie: dlaczego musical? Wszyscy wiemy, że ten gatunek teatru łączy ze sobą wszystkie trzy dziedziny wykonawstwa: taniec, śpiew i aktorstwo. Patrząc na moje dotychczasowe doświadczenie mogę stwierdzić, że spełniałem wszystkie kryteria. Wyobraźcie sobie, że moim wentylem bezpieczeństwa, gdybym nie dostał się na studia musicalowe, była księgowość i rachunkowość. Odpowiadając na pytanie: „dlaczego musical?”, odpowiem tak samo, jak przy poprzednim pytaniu: tak miało być.

Aktor czy choreograf? Która rola jest Ci bliższa?
Wydaje mi się, że na chwilę obecną odpowiedź jest prosta: aktor. Jeżeli chodzi o choreografię, to możliwość, żeby sprawdzić swoje umiejętności w tej dziedzinie miałem głównie za czasów studiów. Zamykało się to głównie w obrębie mojego roku, gdzie niejednokrotnie przygotowywaliśmy wspólnie choreografię na koncerty akademickie. Skąd u mnie poczucie pewności w tej dziedzinie? Na półmetku mojej kariery tanecznej zacząłem eksperymentować w swoich choreografiach. Z reguły choreografię układa trener, przynajmniej tak powinno być. Dlaczego? Taniec towarzyski rządzi się swoimi prawami. Pewnie jak każdy inny. Stając się coraz lepszym tancerzem, możesz dodawać do swoich choreografii coraz trudniejsze elementy. Wiadomo, pierwsze choreografie ułożył mi trener, ale potem, przez kolejne lata, sam je ulepszałem i zmieniałem. Zachowałbym się nie fair, gdybym nie wspomniał, że pomagały mi przy tym również moje partnerki. Jednym ciekawym przykładem jest to, że tuż przed końcem mojej kariery, wraz z moją ówczesną partnerką Pauliną Kucharską, doszliśmy do finału Mistrzostw Polski – ze swoimi choreografiami. 
Wracając do sedna sprawy, która rola jest mi bliższa – przez ostatnie lata spełniam się jako aktor. Nie mam już tak wielu sposobności do tego, żeby sprawdzać się jako choreograf. Dlatego odpowiedź jest prosta: bliższe stało mi się aktorstwo.

Czy wszystkie grane przez Ciebie postaci mają jakąś cechę wspólną?
Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, kiedy patrzę na mój dotychczasowy dorobek artystyczny, to różnorodność. My, aktorzy, staramy się uniknąć tzw. zaszufladkowania. Pewnie i tak dostałem już swoją szufladkę. Jednak, z mojego punktu widzenia, u każdej z moich postaci można by znaleźć co najmniej jedną cechę wspólną. Mam to szczęście, że niemal za każdym razem, w mniejszym lub większym stopniu, mogę pokazać innego siebie. Oby było tak jak najdłużej. Życzę tego również wszystkim moim koleżankom i kolegom aktorom.

Jak wyglądały Twoje przygotowania do roli Drew z musicalu “Rock of Ages”?
Na pierwszej próbie czytanej reżyser Jacek Mikołajczyk pokazał nam ciekawy materiał — film pt. „Brud”, oparty na historii zespołu Mötley Crüe. Kto nie widział tego filmu, a wybiera się na „Rock of Ages”, to zachęcam do jego obejrzenia. Idealnie wprowadza w klimat rocka lat 80. Następnego dnia reżyser podszedł do mnie i powiedział, żebym przyjrzał się dokładnie perkusiście z Mötley Crüe, ponieważ właśnie na jego przykładzie będziemy budować postać Drew. Ponownie obejrzałem film, skupiając się konkretnie na tym bohaterze. Obserwowałem to, w jaki sposób integruje się z otoczeniem, jego sposób bycia, mowy, a nawet to, w jaki sposób się porusza. Nie pozostało mi nic innego, jak wejść w to na sto procent. W taki sposób powstawał Drew. Później pozostała jeszcze rzecz najważniejsza – umieścić tego sympatycznego kolesia w innych realiach. Mam na myśli skonfrontowanie go ze „sceniczną rzeczywistością”. Trzeba było, zrobić z niego główną postać, której losy widz zechce śledzić. Czy mi się to udało? Przekonajcie się sami przychodząc na „Rock of Ages” do Teatru Syrena.

Klaudyna Schubert
Klaudyna Schubert

Jak zaczęła się Twoja przygoda z niemieckim teatrem?
Zaczęło się jak każda inna produkcja – castingiem. Do Akademii Muzycznej w Gdańsku, gdzie studiowałem, przyjechała delegacja z teatru Uckermärkische Bühnen Schwedt by przeprowadzić casting do ich najnowszej produkcji. Teatr w Schwedt współpracował już wcześniej z polskimi uczelniami artystycznymi, m.in. z Akademią Teatralną w Warszawie oraz ze Studium Wokalno-Aktorskim w Gdyni. Przyszedł czas na Akademią Muzyczną w Gdańsku. Zaangażowano mnie do trzech muzycznych produkcji tego teatru. Pierwszą z nich był spektakl „Amore Mio”, historia o Mozarcie, drugim „Luther-Zwischen Liebe Tod und Teufel”- spektakl traktował o reformacji w kościele katolickim. Podczas prób do „Luthera…”dowiedziałem się o trzeciej premierze – „Grimm” – był to zlepek wybranych baśni braci Grimm, w którym wcieliłem się w główną postać – wilka Grimm’a.

Co dała Ci praca w niemieckim teatrze?
Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest na tyle obszerna, że nie sposób wyrazić wszystkiego w kilku zdaniach. Do Niemiec trafiłem na ostatnim roku studiów licencjackich. Przepracowałem tam 2 sezony i zrobiłem 3 premiery. Pierwsze, o czym myślę, mówiąc o niemieckim teatrze, to profesjonalizm. Tamtejszy teatr to imitacja doskonale pracującej machiny, gdzie każdy, nawet najmniejszy element, jest znaczący. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie ich przygotowanie do pracy, to, że wszystko było zaplanowane od A do Z. Wydaje się normalne, że na pierwszej próbie czytanej reżyser pokazuje projekty kostiumów i scenografii. Ale moje zdziwienie było wielkie, gdy dowiedziałem się, że scenografia od dwóch miesięcy jest przygotowywana i jest już prawie gotowa, że kostiumy już się szyją (miary również były ściągane na długo przed rozpoczęciem prób) i na pierwszej próbie otrzymaliśmy kostiumy próbne. Prawdziwy niemiecki “Ordnung”. 

Czy kursowanie między teatrami w różnych miejscach Polski jest męczące?
Wszystko zależy od tego, jakim środkiem transportu się podróżuję (śmiech). Tak naprawdę to kwestia logistyki i planowania. Początkiem drogi każdego aktora są castingi. Niemal w każdym z większych miast w Polsce znajdziemy teatr muzyczny. W większości przypadków każdego roku w każdym z nich odbywają się castingi do najnowszych muzycznych produkcji. Tu również warto zaznaczyć, że coraz więcej teatrów dramatycznych sięga po tytuły muzyczne, zwiększając tym samym zapotrzebowanie na wszechstronnych aktorów.
Praca tzw: „aktora gościnnego” wiąże się z podróżowaniem. Sam dokonałem tego wyboru. Lubię poznawać nowych ludzi, nowe miejsca, a jeżeli mogę przy tym jeszcze wykonywać swój zawód to… czego więcej można by chcieć.

Jak to jest pracować ze swoją żoną w jednym spektaklu?
Tak się składa, że studiowaliśmy na jednym roku. Moja żona jest przy mnie od początku mojej przygody z teatrem. Mogę tylko powiedzieć, że mam szczęście, że możemy grać razem w tych samych spektaklach. Możemy obserwować swój rozwój. Przy każdej nowej produkcji pytamy siebie nawzajem o zdanie i spostrzeżenia dotyczące naszych ról. Zawsze możemy na siebie liczyć. 

Czym jest dla Ciebie teatr, co rozumiesz pod tym pojęciem?
Teatr to miejsce, gdzie każdy z nas – aktorów – zostawia dużą cząstkę siebie. Co za tym idzie – staje się miejscem magicznym i wyjątkowym. Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi, w którym działoby się aż tyle, to miejsce przesiąknięte różnymi emocjami i historiami różnych ludzi. Myślę, że mogę nazwać teatr moim drugim domem. 

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Od pewnego czasu moim marzeniem stała się głęboka potrzeba zagrania w co najmniej jednym musicalu z muzyką Schönberga, Webbera i Soundheima. Moim marzeniem jest stać się częścią dzieła doskonałego pod względem libretta i muzyki. Powyższa trójka to gwarantuje.  Nie będę zdradzał mojego największego marzenia – żeby nie zapeszać. 
Jeżeli chodzi o wymarzoną rolę, to zdecydowanie postać Roberta Kincaida z musicalu “The Bridges of Madison County”. Nie jest to marzenie na już. Muszę jeszcze zaczekać kilka lat, po pierwsze ze względu na mój wiek, po drugie – aż któryś z naszych polskich teatrów muzycznych skusi się na ten tytuł.

Dziękuję za rozmowę!