„Aktorem chciałem być już od dziecka”, teatralne rozmyślania Marcina Franca

Aktor teatralny, filmowy, telewizyjny, dubbingowy oraz wokalista. Laureat Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2018/2019.
Zagrał główną rolę w spektaklu Teatru Telewizji „Lato” (reż. Jan Englert), za wykreowanie postaci Jana Torupa otrzymał Honorową Nagrodę Aktorską podczas Festiwalu Dwa Teatry. W Teatrze Narodowym w Warszawie można go oglądać w gościnnym spektaklu „Lunapark”. Zagrał główną rolę w pełnometrażowym filmie produkcji polsko-kolumbijskiej „Kolej na miłość” (film w postprodukcji). Polski głos i wokal Aladyna w disneyowskim filmie „Aladyn” z 2019 roku.
W Teatrze Muzycznym w Łodzi wciela się w tytułową postać Jezusa w spektaklu „Jesus Christ Superstar” oraz Chrisa w „Miss Saigon”. W warszawskim teatrze Syrena występuje w musicalu „Next to Normal” w roli Gabe’a.
Oprócz pracy w teatrach, filmach, telewizji i dubbingu koncertował również z Polską Orkiestrą Muzyki Filmowej. Laureat wielu festiwali wokalnych, przeglądów piosenki aktorskiej i poezji śpiewanej.
źródło

Miałam niesamowitą przyjemność porozmawiać z Marcinem o teatrze, efekt poniżej:

Dlaczego zostałeś aktorem? Czy ktoś zainspirował Cię do wybrania tego zawodu?

Aktorem chciałem być już od dziecka. To były takie moje dziecięce marzenia, które się spełniły. Obracałem się w środowisku, w którym wielu moich znajomych miało jakieś artystyczne fascynacje, zainteresowania. W gimnazjum dołączyłem do zespołu G91, w którym zajmowaliśmy się trochę piosenką aktorską, trochę musicalem, później nawet, na podstawie różnych znanych utworów, powstało kilka autorskich spektakli muzycznych i tak to wszystko się rozwijało. To dzięki zaangażowaniu pań prowadzących te grupę – Elżbiecie Gnaś i Iwonie Dudzicz, zająłem się tym bardziej profesjonalnie, zacząłem jeździć na konkursy wokalne, przeglądy piosenek aktorskich, warsztaty, aż w końcu zacząłem szukać uczelni o profilach artystycznych. Zawsze myślałem o tym, żeby zdawać na dramat do szkół teatralnych, ale miałem jeszcze ten swój ukochany śpiew. Chcąc połączyć obie pasje, zdałem na początku do Akademii Muzycznej w Gdańsku. Tak to wszystko się zaczęło.

fot. Aneta Bochnacka
fot. Aneta Bochnacka

Jak sobie radzisz z przekazywaniem uczuć na scenie?
Mam nadzieję, że dobrze (śmiech). Moim zadaniem jest zbudowanie tak stabilnego szkieletu i szkicu postaci, żeby ona stała się moja, żebym ja stał się jej i żeby to wszystko funkcjonowało w taki sposób, że na widza też będzie działać.

Czy po zagranym spektaklu od razu wracasz do rzeczywistości, czy jeszcze przez jakiś czas tkwisz w postaci?
Różnie to bywa, z niektórych postaci wychodzi się łatwiej, a niektóre są pod tym względem trudniejsze. Ale na tym polega właśnie nasz zawód – jesteśmy uczeni tego, jak pozostawić postać na scenie, a do domu wracać jednak jako my sami. Najważniejsze jest to, żeby bazować jak najwięcej na emocjach postaci, żeby to się nie przenosiło do życia codziennego. To niełatwe, myślę że sam nie jestem jeszcze na takim etapie, żebym mógł powiedzieć, że to umiem, ale zdecydowanie pomogła mi w tym praca z Agatą Dudą-Gracz. Spotkaliśmy się z nią przy dyplomie i to właśnie ona wytworzyła w nas coś takiego, jak działanie na emocjach postaci. Gdy korzysta się z jej metod, wszystko co dzieje się na scenie jest przede wszystkim bezpieczne dla aktora. Musimy tak mocno zbudować swojego bohatera – poznać cały kontekst historyczny, cały background, jego wady, zalety, mocne i słabe strony, całą jego historię, tak żeby później czerpać z jego doświadczeń, a nie ze swoich. Wydaje mi się, że to dało mi trochę inne spojrzenie na aktorstwo, rzeczywiście ta umiejętność budowania bezpieczeństwa samego siebie jest teraz u mnie na o wiele wyższym poziomie, co daje zupełnie inny komfort grania, a jednocześnie nie wpływa w żaden sposób na postać. Wiadomo, że najłatwiej jest pójść w swoje emocje, wykorzystać swoje doświadczenia życiowe i “rozwalić się” na scenie. Problem w tym, że kurtyna opada, twoja postać odchodzi, a ty zostajesz z tymi emocjami, a to nie do końca na tym polega.

Czy umiejętności nabyte w szkole aktorskiej przydają się bardziej w pracy na scenie, w teatrze czy bardziej na planie filmowym?
Tak naprawdę wszędzie. Oczywiście są różnice w sposobie pracy, bo, podczas gdy w teatrze budujemy swoją postać przez kilka miesięcy, wspólnie, podczas prób, z reżyserem, z innymi aktorami, to kiedy wchodzimy na plan filmowy, przychodzimy do reżysera już z pewną propozycją naszej postaci. Wspaniale jest, kiedy mamy na tyle czasu, że przed zdjęciami spędzamy z reżyserem godziny na wspólnym rozkminianiu naszego bohatera, ale nawet wtedy zdarza się, że po przyjściu na plan coś wpłynie na to, że pójdziemy w zupełnie innym kierunku. To, co jest najważniejsze, to odrobienie naszej pracy domowej, czyli zbudowanie całego szkieletu postaci zanim jeszcze zaczniemy kręcić. Jest to spowodowane głównie przeskokami czasowymi podczas zdjęć, na przykład zaczynamy od scen, które są na samym końcu filmu, a później wracamy na początek drogi naszego bohatera. Jeżeli dobrze zbudujemy swoją postać, to później możemy korzystać z różnych miejsc z jej życia. To tak jakby zbudować całą rolę w spektaklu, a później korzystać z jej fragmentów, żeby poskładać to w jedną całość. Odpowiadając na twoje pytanie, myślę, że w Akademii Teatralnej rozpoczynamy od teatru, ale ta praca jednak przydaje się wszędzie, tylko trzeba umiejętnie z tego korzystać.

Teatr Telewizji „Lato” (reż. Jan Englert)
Teatr Telewizji „Lato” (reż. Jan Englert)

Jakie emocje towarzyszą Ci, kiedy dowiadujesz się, że wygrałeś casting do roli?
Zawsze jest to ogromna radość! Wiadomo, że są takie role, których się wyczekuje i które są w pewien sposób wymarzone, i rzeczywiście ma się wtedy nastawienie, że “muszę to dostać”, a są takie role, które się podejmuje jak kolejne wyzwania, otwierają one nowe możliwości. Każdy z nas ma swoje ukryte marzenia dotyczące tego, co chciałby zagrać, ale nasz polski rynek musicalowy na razie jest jeszcze bardzo mały i myślę, że trochę dostosowujemy nasze marzenia do tego, jakie są możliwości. Czasami idziemy na casting do spektaklu, którego dobrze nie znamy i dopiero z czasem, podczas pracy, zauważamy, czy rzeczywiście jest to fajna rola, żeby ją grać, czy może niekoniecznie (śmiech). Nie dostajemy wcześniej scenariusza, nie zapoznajemy się szczegółowo z postacią, możemy szperać w internecie na własną rękę i starać się dowiedzieć jak najwięcej i tak też robimy. A jeżeli chodzi o to, co człowiek czuje kiedy dowiaduje się, że wygrał casting… Jest to przede wszystkim ogromna radość. Sami decydujemy się na podejście do castingu, więc oczywistym jest, że chcemy go wygrać. Jeżeli się to udaje, to jest to jakieś kolejne nasze małe zwycięstwo, sprostanie własnym oczekiwaniom. Po prostu szczęście.

Jak wyglądała praca nad rolą Jezusa w spektaklu “Jesus Christ Superstar” w Łodzi? W pewnym wywiadzie przeczytałam, że w zasadzie byłeś za młody do grania tej postaci.
Tak, w tamtym czasie byłem za młody względem wyobrażenia twórców co do postaci Jezusa. Przyszedłem na casting z myślą, że startuję bardziej do roli Szymona Zeloty. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Jezus powinien być około “trzydziestki”, ale stwierdziłem, że jeżeli już idę na ten casting, to dlaczego by nie spróbować. To było w ogóle jedno z moich pierwszych przesłuchań, chyba trzecie w życiu, więc przeżywałem ogromny stres. Obie te role – i Szymon Zelota, i Jezus, były bardzo trudne wokalnie. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że jest w ogóle możliwość, żebym grał Jezusa. Na pierwszym etapie castingu od razu zostałem poproszony o song Szymona. Zaśpiewałem, po czym napomknąłem, że przygotowałem jeszcze utwór Jezusa. Poproszono mnie o wykonanie „Gethsemane” i na tamten moment to było tyle. Na drugi etap poproszono mnie o przygotowanie kolejnej piosenki Jezusa. To był mój pierwszy tak ważny casting, więc byłem tak zestresowany, że po zaśpiewaniu „Poor Jerusalem” czułem, że schrzaniłem wszystko co mogłem i nie ma szans na rolę Jezusa, wtedy poproszono mnie jeszcze raz o „Gethsemane”, czułem, że to moja ostatnia szansa, po zaśpiewaniu członkowie komisji wstali i zaczęli mi klaskać. Miałem wtedy dwadzieścia dwa lata i kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować. Poprosili, żebym podszedł do nich, do stolika i powiedzieli, że rolę Szymona Zeloty na pewno mam i zapraszają do współpracy, ale nad Jezusem muszą się jeszcze zastanowić, ponieważ nie wyobrażali sobie tak młodego człowieka w tej roli i muszą zobaczyć, jak będzie wyglądała reszta obsady, żeby zdecydować, czy całość im się ułoży. Pamiętam jak dziś, że 14 lutego dowiedziałem się, że zapraszają mnie do spektaklu również do roli Jezusa. To było ogromne wyzwanie, ja, młody chłopak, będący na drugim roku Akademii Muzycznej, jeszcze bardzo mało doświadczony, pojechałem na pierwsze próby do jednego z najtrudniejszych musicali na świecie, w którym miałem zagrać tytułową rolę… Pracowaliśmy z maestro Florêncio [José Maria Florêncio, kierownik muzyczny spektaklu], który jest wspaniałą, ale bardzo wymagającą osobą. Przyjeżdżając na pierwsze próby już trzeba było mieć opanowany materiał. Był cały zespół, chór Teatru Muzycznego w Łodzi, no i pierwszy utwór, w którym zaczynam od razu od dźwięku a (śmiech). To był bardzo duży stres, pamiętam to do tej pory. Ale jakoś się to wszystko ułożyło i premiera poszła bardzo dobrze, a z czasem cały spektakl bardzo się rozwinął. Wydaje mi się, że w ciągu tych 6 lat dojrzałem do roli Jezusa. Nie tylko wiekiem, ale też psychicznie, mentalnie.

Ostatnia premiera na dużej scenie w teatrze Roma, czyli “Aida”. Co było dla Ciebie największym wyzwaniem, jeśli chodzi o rolę Radamesa i jak wyglądało przygotowanie do roli? Czy jest coś, co pomogło Ci zrozumieć tę postać?
Największym wyzwaniem była chyba wokalna stylistyka całego musicalu. Jest to jednak muzyka Eltona Johna, a ja, szczerze mówiąc, mam na co dzień niewielki kontakt z muzyką popową i ze śpiewem rozrywkowym. Zdecydowanie częściej obracam się w musicalu i w piosence aktorskiej, niż w śpiewaniu stricte popowym. Dodatkowo Elton John ma swój specyficzny styl. To było coś takiego, co musiałem dostosować do siebie i połączyć ze swoją wrażliwością. Jeżeli chodzi o musical, lubię prostotę, nie przepadam za popisami wokalnymi, nie współgra mi to ze sobą. Wolę śpiewać poprzez postać, wychodzić z gadania, dialogu, monologu, niż przez muzyczny popis, a tu jest dużo momentów, gdzie w nutach mamy oryginalnie zapisane różne ozdobniki, które trzeba wykonać. To było największym wyzwaniem, żeby ułożyć sobie to wszystko i połączyć z moją postacią. Praca nad spektaklem wyglądała w moim przypadku mało standardowo, bo robiłem wtedy jeszcze premierę w Łodzi, więc miałem dużo jeżdżenia. W momencie, kiedy w Romie mieli próby muzyczne, ja zobowiązałem się do tego, że wokalnie zrobię wszystko sam, żeby, kiedy już przyjadę do Warszawy, mieć wszystko rozczytane i poukładane. Oczywiście gdy mogłem, rano, czy popołudniami, przyjeżdżałem do Romy i miałem indywidualne próby z naszym coachem wokalnym, z nim też rozczytywaliśmy utwory, zmienialiśmy różne rzeczy – to, co ja sobie źle poukładałem, on poprawiał i jakoś to wszystko szło. Najpierw mieliśmy próby wokalne, potem dopiero było czytanie – więc wyglądało to trochę inaczej, niż zazwyczaj. Później zaczęły się próby aktorskie na sali prób, a im bliżej było premiery – na scenie.

A jaki według Ciebie jest sam Radames?
Trudny (śmiech). Radames jest bardzo skomplikowaną postacią. Pomimo tego, że z zewnątrz to jest taki typowy disneyowski musical – mamy księżniczkę, która zakochuje się w dowódcy wojska, on jest przeznaczony innej księżniczce, nie wie, którą wybrać i na koniec oczywiście wygrywa ta, która jest bliższa jego sercu, nie rozumowi – to dla aktora najfajniejsze jest to, że buduje postaci z krwi i kości, że to nie jest bajka Disneya, a tragiczna historia pięknej miłości. Tu wszystko jest na 100%. W spektaklu musimy grać o najwyższą stawkę, o śmierć, o życie, o marzenia i o miłość. To jest najtrudniejsze i jednocześnie najciekawsze, żeby pokazać tę postać jak najbardziej prawdziwie, żeby miała swoje problemy, złamania. To, czego w ogóle zawsze szukam w swoich postaciach, to to złamanie właśnie. Chciałem zrozumieć, jaki jest problem Radamesa, dlaczego pomimo tak silnego charakteru godzi się na to wszystko, co narzuca mu ojciec, społeczeństwo i co sprawia, że w pewnym momencie mówi „nie”. Dla Rademesa najważniejsza w życiu jest wolność, właśnie to słowo stało się dla mnie kluczem przy budowaniu postaci. Radames ponad wszystko pragnie być wolny, a każdy mu tę wolność ogranicza. Do pewnego momentu ucieczką dla niego były wyprawy wojenne, podczas których mógł opuścić Egipt, później pojawiło się coś dużo mocniejszego – miłość. Aida, która stała się symbolem wolności.

„Aida” Teatr Muzyczny ROMA

Aida” jest Twoją drugą produkcją w Teatrze Muzycznym Roma, wcześniej byli “Piloci” – oba tytuły o niełatwej tematyce. Która postać była łatwiejsza do zagrania – Radames czy Stefan?
Żadna postać nie jest łatwa do grania, jeżeli chcemy ją zrobić dobrze. Myślę, że bardziej możemy tu patrzeć pod kątem: która jest mi bliższa. A akurat obie te postaci były mi dość odległe (śmiech). Każda z nich na pewno ma coś ze mnie, ale to są tak skrajnie różne postaci, że trudno je w ogóle w jakikolwiek sposób porównywać. Rola Stefana to rola typowo komediowa – on rozładowuje to całe napięcie tworzone w spektaklu, tak jak w “Aidzie” na przykład Amneris albo Mereb – oni są odskoczniami od całej tej poważnej sytuacji, która ma miejsce. Potrzebujemy oddechu, żeby widz nie siedział i nie płakał cały czas. W ogóle ja przez wszystkie lata szkoły uważałem, że nie potrafię być zabawny, zawsze ciągnęło mnie bardziej do dramatu niż komedii i, szczerze mówiąc, to właśnie rola Stefana dała mi inne spojrzenie na to, jak mogę być postrzegany i co tak naprawdę mogę zrobić na scenie. Teraz wiem, że jeżeli chcę, to nawet potrafię kogoś rozśmieszyć (śmiech). Pamiętam, że kiedyś na Akademii Muzycznej, na jednych z pierwszych zajęć aktorstwa, mieliśmy zaliczenie ze śmiechu i z płaczu, oczywiście popłakałem się od razu, natomiast ze śmiechu miałem poprawkę (śmiech). Teraz potrafię się zaśmiać na każdą samogłoskę i kilka spółgłosek (śmiech) i nie wyobrażam sobie, jak to mogło być dla mnie takie trudne. Ale to wszystko jest do nauczenia. Istnieją takie „role”, jak na przykład konferansjer, w których czuję, że kompletnie bym się nie sprawdził, ale patrząc na to, co robi ze mną scena, wydaje mi się, że jestem w stanie nauczyć się wszystkiego. A wracając do twojego pytania, obie role były tak różne, że nie umiem ich zestawić, każda była trudna ale na swój własny sposób.

W Teatrze Syrena, w spektaklu “Next to Normal” grasz postać Gabe’a. Na co szczególnie zwróciłeś uwagę, tworząc tę postać? Czy trudno jest grać kogoś, kogo nie ma?
Przede wszystkim nie mogłem myśleć właśnie w ten sposób, Gabe śpiewa “I’m alive” – żyję! To jest jego przesłanie, mówi jestem tu, widzisz mnie, ja czuję. Wydaje mi się, że to właśnie on jest najbardziej „żyjącą” postacią w tym musicalu. Łapie chwilę, nie ma żadnych obaw, niczego się nie lęka, jest czystym słońcem, ogrzewa, ale też spala, kocha całym sercem i nienawidzi całym sercem. Jeżeli ja będę grał, że go nie ma to chyba jest najgorsze co mogę zrobić tej postaci. To z reakcji, z dialogów, od rodziny dowiadujemy się, że Gabe jest tylko wytworem umysłu Diany. To ona ma znacznie trudniejsze zadanie, bo zdaje sobie sprawę z tego, że go nie ma, a jednocześnie przecież on stoi właśnie przed nią, czuje go, rozmawia z nim, dotyka go. Tak jak u Radamesa słowem kluczem była wolność, tak u Gabe’a jest to „I’m alive”, chęć życia, co więcej, poczucie, że on musi żyć. Gdy czuje, że jego rodzina chce się go pozbyć, zabić go, zaczyna się przeistaczać, wtedy zaczyna być czymś na pograniczu demona, czy ducha domu. Zaczyna siać realne spustoszenie w życiu, nie tylko Diany, ale i każdego członka rodziny. Bardzo dużo rozmawialiśmy z reżyserem podczas prób czytanych, zarówno o tej chorobie, jak i właśnie o mojej postaci, jeszcze zanim tak naprawdę zaczęliśmy ją budować – Gabe nie jest duchem, jest czymś znacznie ważniejszym, a ja muszę zrobić wszystko, żeby udowodnić jego obecność.

„next to normal” Teatr Syrena fot. Paweł Fabjański

Grasz w musicalach i w spektaklach dramatycznych. Która z tych form jest Ci bliższa?
Obie formy są mi równie bliskie. Już w którymś wywiadzie mówiłem, że usłyszałem kiedyś bardzo mądre słowa: w nazwie “teatr muzyczny” zawsze na początku jest teatr. I nie jest istotne, czy robię musical czy spektakl dramatyczny – podchodzę do tego na równym poziomie. W obu rodzajach teatru używa się innych form, ale założenia za każdym razem są takie same. Jako aktor zawsze najpierw wychodzę od tekstu, od budowania roli poprzez tekst, na pewno nie od muzyki. Muzyka dla mnie jest wyrażeniem czegoś, czego już nie można wypowiedzieć. Profesor Wiesław Komasa kiedyś na zajęciach powiedział piękne zdanie: w momencie kiedy nie możesz pokazać czegoś swym ciałem, musisz użyć słowa, kiedy nie masz już słów, zaczynasz śpiewać, a kiedy nie wystarczy ci śpiew tańczysz. I to jest chyba idealna definicja musicalu. W momencie gdy nie jesteś w stanie czegoś powiedzieć, wchodzi muzyka, która cię niesie, która jest odwzorowaniem twoich emocji i twojego monologu wewnętrznego, tego co się dzieje w twojej głowie i ona tylko pomaga w tym, co chce powiedzieć twoja postać.

Czy istnieje jakaś rola teatralna, której w życiu byś nie zagrał?
Myślę, że teraz jestem na takim etapie, że chciałbym zagrać wszystko (śmiech). Pewnie z różnym skutkiem, ale myślę, że jestem tak pozytywnie nastawiony na wszelkie nowe doświadczenia i projekty, że chciałbym zagrać jak najwięcej. Na ten moment myślę, że nie ma takiej roli, której bym nie zagrał. Oczywiście są pewnie role, których bym się obawiał – bardziej albo mniej, ale myślę, że każdej chciałbym się podjąć, żeby po prostu się sprawdzić i spróbować wyjść ze swojej strefy komfortu, przełamać się, odnaleźć się w czymś innym, nowym.

Jakie masz rady dla osób, które chcą startować do Akademii Teatralnej?
Ja, zdając do Akademii Teatralnej już przeszedłem jedną Akademię i miałem za sobą dość duży, intensywny kurs przygotowawczy, grałem też w teatrach, więc u mnie ta droga wyglądała troszeczkę inaczej niż u osoby, która zdawała od razu po maturze. Myślę, że przede wszystkim trzeba znaleźć dobre teksty. Teksty mądre, ciekawe, dające jak największą możliwość pokazania się z różnych stron, dobrze jest wybrać zróżnicowany materiał. Nasz wybór mówi też tak naprawdę dużo o nas samych. Ważne oczywiście, żeby się dobrze przygotować do tych egzaminów, bo powiem szczerze, że egzaminy w Akademii Teatralnej były najbardziej stresującym castingiem, jaki przeszedłem w życiu. Myślę, że takie przygotowanie – jakieś warsztaty, lekcje indywidualne u zaufanego aktora, są bardzo pomocne. Dobrze jest, żeby ktoś doświadczony nas usłyszał, żeby był takim trzecim okiem z zewnątrz, bo niestety, nie zawsze to, co czujemy na scenie, przenosi się na widownię. Dlatego dobrze jest przed kimś wcześniej wystąpić, zanim pójdzie się na egzamin i stanie się pierwszy raz przed komisją, ludzie różnie reagują na stres. Ale ważne jest też, żeby się nie poddawać, znam znakomitych aktorów, którzy nie dostali się do szkół teatralnych za pierwszym razem.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z dubbingiem?
Środowisko dubbingowe jest dosyć małe i rzeczywiście trudno jest się tam dostać. Zdarza się, że reżyser dubbingu usłyszy cię w jakimś spektaklu i wtedy zaprosi na casting. Ja akurat trafiłem do mojego pierwszego studia dubbingowego z polecenia Ani Sroki-Hryń. Tam dostałem pierwszą rolę, potem ktoś mnie polecił gdzieś dalej, ktoś mnie usłyszał i tak to wyglądało. Ale też w Akademii Teatralnej mieliśmy warsztaty dubbingowe i tam znowu wyłapało mnie inne studio. Zazwyczaj zaczyna się tak, że robi się gwary, czyli zbiorowe szmery w tle. Ja miałem taką sytuację, że zostałem zaproszony na gwary, na które nie mogłem pójść, bo grałem spektakl, więc pomyślałem, że pewnie już nikt nigdy się do mnie nie odezwie, po czym dostałem telefon, że zostałem wybrany do roli w serialu, to była na dodatek dosyć duża rola, a nigdy wcześniej nie pracowałem w dubbingu, więc było to ogromne wyzwanie. Zaraz potem dostałem rolę Variana w serialu “Zaplątani”, którego oryginalnym głosem jest gwiazda Broadwayu Jeremy Jordan, możesz więc wyobrazić sobie moją radość, razem z tą rolą otrzymałem do zaśpiewania jeden z najpiękniejszych utworów jaki robiłem w dubbingu – „Będziesz dumę czuł”.

Którą ze swoich dotychczasowych ról dubbingowych uważasz za największe osiągnięcie?
Każda rola jest dużym osiągnięciem, bo za każdym razem wiąże się ona z wygranym castingiem. Na chwilę obecną największe role jakie zrobiłem to chyba Jaskier z “Wiedźmina” produkcji Netflixa i tytułowy Aladyn Disneya – są to bardzo duże produkcje. Ale ulubionych postaci mam więcej, na przykład wspomniany wcześniej Varian. Jest też mnóstwo mniejszych postaci, które na ekranie nie pojawiają się tak często, a są mimo to bardzo istotne i szczerze nie ma chyba ani jednej, której bym nie lubił grać.

Jak wyglądała praca na planie filmu “Kolej na miłość”? Jak to się w ogóle zaczęło, jak tam trafiłeś?
Na początku należy wspomnieć, że podczas etapu postprodukcji film zmienił tytuł (śmiech) – tak, czasami się to zdarza. Roboczy tytuł brzmiał „7 godzin w pociągu”.
Reżyser filmu – Miguel Velez z pochodzenia jest Kolumbijczykiem. Swoją żonę – Polkę spotkał w Meksyku i za nią przyjechał do Polski. Tutaj też postanowił nagrać swój film. Mnie znalazł w internecie po zdjęciach z agencji i kilku nagraniach. Reżyser obsady poprosił o nagranie selftape, czyli nagrania samego siebie, często teraz właśnie tak wyglądają wstępne etapy castingów. Dostałem do zagrania dwie sceny w języku angielskim, bo w filmie faktycznie mówimy w kilku językach – w większości po polsku ale też trochę po niemiecku i po angielsku. Wysłałem nagrania i kilka dni później dowiedziałem się, że spodobałem się reżyserowi i że zaprasza mnie na rozmowę. Spotkaliśmy się i porozmawialiśmy o postaci, jak ja ją widzę, jak Miguel widziałby mnie w tej roli, po czym, powiedział mi: „w takim razie mamy dogadane wszystkie terminy i do zobaczenia na pierwszych próbach”. Rozmawialiśmy po angielsku więc myślałem, że coś źle zrozumiałem i spytałem, czy to oznacza, że dostałem tę rolę, na co on odpowiedział, że ma jeszcze kilku kandydatów, z którymi chce się spotkać, ale po naszej rozmowie jest prawie pewny, że w tej roli widzi mnie.
Już sama praca na planie to było istne szaleństwo, bo kręcenie filmu trwało niecałe dwadzieścia dni – bardzo krótko jak na film pełnometrażowy. Wszystko działo się szybko i intensywne, ale był to wspaniały czas. Poznałem tam mnóstwo niesamowitych ludzi, którzy byli bardzo zaangażowani w to, co robiliśmy. Czasami zostawaliśmy po godzinach, więc ten pociąg stał się naszym drugim domem. Ja na dodatek byłem wtedy jeszcze w próbach do “Next to normal” i dostałem właśnie dubbing Aladyna, więc to było totalne szaleństwo. Wyglądało to tak, że o godzinie piątej wstawałem, przyjeżdżało po mnie auto, które zawoziło mnie na plan, gdzie spędzałem czas do godziny czternastej. Od czternastej trzydzieści do siedemnastej nagrywałem Aladyna a o osiemnastej zaczynałem próbę w teatrze. Zdarzało się, że po próbie o godzinie dwudziestej drugiej wracałem jeszcze na plan. To był jakiś cud, że wszystko się udało. Bez mojej agentki kompletnie bym sobie nie poradził, to ona mi wtedy ustawiła cały grafik. Na początku, gdy na to spojrzeliśmy, byliśmy przekonani, że nie ma możliwości, żeby to wszystko pogodzić, że to są za duże projekty. Ale udało się i to był chyba najwspanialszy czas w moim życiu. Byłem totalnie wykończony, ale jednocześnie niesamowicie szczęśliwy.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Tak myślę, że jeżeli aktorstwo jest dla mnie życiem, to teatr jest domem. Tak się tam właśnie czuję, a jak jeszcze zbierze się wspaniała obsada, to jest jak w domu z rodziną. To jest zawsze bardzo magiczne i najbardziej odczuwalne podczas prób, bo wtedy najwięcej razem pracujemy, to najbardziej twórczy okres. Z jednej strony to trudne, że w Romie gramy tak często, bo jest to po prostu bardzo wyczerpujące, ale z drugiej, mam wrażenie, że czujemy się tam właśnie jak w rodzinie. Wspaniałe jest to, że we wszystkich produkcjach spotkałem ludzi, z którymi bardzo dobrze się zgraliśmy. Podczas pracy nad “Pilotami” zawiązałem swoje największe przyjaźnie. Podobnie miałem, gdy poszedłem na studia, do Akademii Muzycznej w Gdańsku, gdzie poznałem ludzi, którzy mieli te same pasje, co ja, te same marzenia. Stworzyła się między nami tak ogromna więź, że myślę że byliśmy i do tej pory jesteśmy najbardziej zgranym rocznikiem, jaki istniał na aMuzie. Do tej pory utrzymujemy ze sobą kontakt. Wiadomo – z niektórymi bliższy, z niektórymi dalszy, ale po kilku latach od skończenia szkoły jesteśmy w stanie spotkać się i zrobić sobie naszą, rocznikową wigilię. Jest nas co prawda niewiele, ale mimo wszystko to wspaniałe, że utrzymujemy ze sobą tak bliski kontakt. Tak samo było w Romie. Teraz w “Aidzie” jest bardzo dużo osób, które grały też wcześniej w “Pilotach” więc trzymamy się razem już od kilku dobrych lat i mam nadzieję, że potrwa to jak najdłużej.

Musicalowe marzenie? Wymarzona rola?
Chyba nie powinienem mówić, żeby nie zapeszać, słyszałem, że jak się o czymś mówi, to się potem nie spełnia (śmiech). Ale, żeby nie wierzyć w przesądy, mam kilka takich ról, które chciałbym zagrać. Jednym z moich marzeń musicalowych jest Evan z “Dear Evan Hansen”, aktualnie jestem też zakochany w “Moulin Rouge” i “Hadestown” i to są spektakle, w których chciałbym zagrać. A jeżeli chodzi o dramat, to zawsze marzył mi się Makbet, poza tym uwielbiam Czechowa, Ibsena, Wyrypajewa, więc trochę tego jest…