Studiowała socjologię na SGGW w Warszawie. Związała się z chórem ICHTHIS z Sulejówka. Razem z koleżankami pod nazwą „Nastrojowe Trio” zdobyły 2 miejsce w festiwalu Poezji Śpiewanej im. Piotra Skrzyneckiego oraz Grand Prix festiwalu kolęd i pastorałek „Kolędowe Serce Mazowsza”. W 2011 rozpoczęła naukę w Szkole Piosenki Elżbiety Zapendowskiej oraz Andrzeja Głowackiego. Od 2012 szkoli warsztat artystyczny w Teatrze Muzycznym Tintilo (brała m.in. udział w spektaklu „Był dzień Wigilii”). Sztuka jest jej życiową pasją (źródło)
Jakie były Twoje wybory na karierę zawodową? Czy od razu myślałaś o muzyce, musicalu, czy może miałaś też inne pomysły na życie?
Jestem człowiekiem, który interesuje się wieloma rzeczami. Pomijając moje muzyczne marzenia, na samym początku – kiedy zastanawiałam się, czym mogę się zajmować w życiu, myślałam o byciu siatkarką. Jako nastolatka udzielałam się w klubie MKS MDK Warszawa, w sekcji żeńskiej. To był niezwykły czas spędzony ze wspaniałymi ludźmi. Mimo że nie poszłam w tę stronę, to miłość do siatkówki pozostała. Ta miłość spowodowała, że chciałam zostać managerem sportowym – życie jednak zweryfikowało te plany. Pod koniec liceum stanęłam przed wyborem studiów. Mocno zastanawiałam się nad tym, czy dać szansę moim artystycznym marzeniom i spróbować swoich sił na uczelni muzycznej. Z różnych powodów (m.in. brak jakiegokolwiek muzycznego doświadczenia, wiedzy, finanse) postanowiłam jednak wybrać studia humanistyczne, nie związane w żaden sposób z moją artystyczną stroną. Myślałam o pedagogice – moi rodzice są nauczycielami, zastanawiałam się nad zarządzaniem i kilkoma innymi kierunkami, ale w końcu padło na socjologię na SGGW. Będąc na studiach, dzięki splotowi różnych wydarzeń, miałam okazję uczyć się przez ponad rok w Szkole Piosenki p. Elżbiety Zapendowskiej i p. Andrzeja Głowackiego. Nauka w tej szkole rozbudziła we mnie potrzebę szukania kolejnych miejsc, w których mogłabym nasycić artystyczny głód, który narastał we mnie przez ostatnie lata. Dołączyłam wtedy do zespołu Teatru Muzycznego “Tintilo”, gdzie poznałam cudownych ludzi. Na ostatnim roku studiów, kiedy już ten artystyczny świat mnie zaczął wciągać, stanęłam przed ważną decyzją. Czy iść dalej w muzykę i teatr, czy się wycofać? Postanowiłam zdawać do ZPSM II st. im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Dałam sobie ultimatum – jeśli dostanę się do szkoły – zrobię wszystko, żeby to pragnienie, które przez wiele lat tłumiłam w sobie – czyli bycie z muzyką jak najwięcej i jak najczęściej – stało się nieodłącznym elementem mojego życia, natomiast jeśli nie przejdę egzaminów – muzyka będzie mi towarzyszyć, ale w “drugim rzędzie”, a ja sama pójdę na studia magisterskie na kierunek z którego kończyłam licencjat. Do szkoły muzycznej… dostałam się.

Jak trafiłaś do Studia Accantus?
Bartka poznałam w “Tintilo”. Od słowa do słowa, nagraliśmy jeden utwór, potem drugi… tak to się zaczęło.
Która piosenka ze Studia jest Twoją ulubioną? Mam na myśli zarówno Twoje wykonania, jak również pozostałe utwory.
Z moich wykonań – myślę że to nie będzie zaskoczenie – “Miasto 44”. Piosenka jest piękna, tematyka o którą zahacza utwór jest jedną z moich ulubionych. Z innych piosenek bardzo lubię numery z “Księcia Egiptu” np. “Gdy Wierzysz” oraz numery z “Herkulesa”. Nie ma to jak dobry gospel! Lubię też Hamiltonowe numery.
Ile miałaś lat, gdy zetknęłaś się z muzyką amatorską i profesjonalną?
Pierwszy kontakt z występowaniem przed ludźmi, miałam przy okazji mszy w wieku około 6 lat. Należałam do scholki “Nutki Jezusa” w której stawiałam pierwsze kroki jeśli chodzi o śpiewanie przed innymi. Z tą scholką wygrałyśmy kiedyś konkurs kolęd i pastorałek w Mińsku Mazowieckim – miałam wtedy chyba 7 albo 8 lat. Numer, w którym miałam okazję śpiewać solówkę, został nagrany na płycie! To było dla mnie ogromne przeżycie i wyróżnienie. Należałam również do chóru międzyparafialnego “Ichthis”, gdzie nabywałam umiejętności śpiewania na głosy. To w tych dwóch miejscach stawiałam pierwsze kroki w muzyce. Tak więc profesjonalne występy w grupie zaczęłam w wieku 16/17 lat, natomiast solowe – po skończeniu 20. Zaczęło się od koncertów w Szkole Piosenki o której wspomniałam wcześniej – miałam okazję kilkukrotnie zaśpiewać poważny repertuar przed ogromną liczbą osób jako solistka. To było niesamowite doświadczenie.

Na Twoim kanale YouTube widnieją zarówno materiały autorskie, jak i covery. Sama je aranżujesz? Z którym numerem wiążesz najlepsze wspomnienia?
Ciekawe pytanie. Autorskie numery tworzę we współpracy z Marcinem Kuczewskim i Donatą Gierczycką. Z Marcinem działamy muzycznie, z Donatą – tekstowo. Jeżeli chodzi o covery, to tłumaczenia są robione przez Donatę, a jeśli chodzi o podkłady, to część podkładów zrobiłam samodzielnie, kilka jest zrobionych w większości przeze mnie, jednak niektóre instrumenty dograli mi koledzy, a jeden podkład jest chyba całkowicie zrobiony przez kogoś innego. Robione przeze mnie instrumentale czasami zajmują mi trochę czasu, ale człowiek musi się na czymś uczyć. Zdaję sobię sprawę, że nie są one idealne, i nie brzmią jak od profesjonalnego kompozytora i aranżera, ale jestem z tego bardzo dumna, bo nic tak nie rozwija jak próbowanie i dawanie innym ludziom swojej pracy do oceny. I też wymaga to, nie ukrywam, ogromnej odwagi.
Niedawno wydałaś swoją płytę. Skąd pomysł na tworzenie własnej muzyki?
Zawsze miałam takie marzenie i myślę, że każdy wokalista je ma, żeby kiedyś wydać coś swojego. Chciałam pokazać światu swoją wrażliwość, zaproponować światu piosenki, które chcę, żeby wyglądały tak, a nie inaczej. Pokazać innym jak widzę i odczuwam świat i to, co się dzieje dookoła mnie. Przy coverach ma się konkretny szkic, można na tym szkielecie coś podziałać, pozmieniać według tego, jak się czuje dany numer, ale zawsze gdzieś jest ten oryginał, ten pierwowzór do którego ludzie będą wracać. W przypadku własnego materiału, to ty tworzysz ten pierwowzór. Wcześniej trochę się bałam pokazać innym ludziom własne kompozycje, teksty, nie miałam też na tyle umiejętności, żeby to uczynić (oczywiście ciągle mam niedosyt wiedzy i staram się rozwijać w tym kierunku). Coś blokowało mnie przed tym, żeby totalnie się odsłonić przed innymi i pokazać, co mi w sercu gra. Coś pękło we mnie 1 stycznia 2019, tuż po obudzeniu po koncertach sylwestrowych. Postawiłam sobie cel – w tym roku muszę w końcu pokazać światu prawdziwą mnie. Efektem tego była wiadomość do Marcina, kilka dni później, z propozycją współpracy. Nabrałam wiatru w żagle i zabrałam się do roboty. No i teraz wszystkie moje myśli i inne rzeczy są skierowane na ten temat. Czasami warto pójść za impulsem.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w występach na żywo?
Na pewno trema. Ale nie trema przed tym, czy sobie poradzę wokalnie, bo już coraz rzadziej o tym myślę, no chyba, że jestem chora danego dnia, albo bardzo słabo znam dany materiał – wtedy rzeczywiście takie myśli się pojawiają. Ale najtrudniejsze jest złapanie pierwszego kontaktu z widzami. Bo nie ma nic gorszego dla występującego, według mnie oczywiście, jak wtedy, gdy się wychodzi na scenę, daje się swoją energię, ale ludzie czują, że ta energia jest nie do końca w zgodzie z tym artystą, albo że on próbuje ich kupić na siłę nie będąc sobą. To jest najtrudniejsze w byciu na scenie – bądź prawdziwy, wejdź z widzami w świetny kontakt, zabierz ich do swojego świata i niczego nie udawaj – niczego, czego sam nie czujesz w danym momencie.
Czym jest dla Ciebie teatr?
Dla mnie jest drugim domem, bo rzeczywiście bardzo w nim dużo czasu spędzam z moimi przyjaciółmi, więc przede wszystkim kojarzy mi się z ciepłem, od takiej strony prywatnej. Kojarzy mi się z bezpieczeństwem, z dobrymi duszami, które mnie otaczają, ze szczęściem i z tym, że mogę spełnić swoje marzenie. Gdy byłam młodsza nie marzyłam o tym, że będę w tym miejscu, w którym jestem. To jest w ogóle jakiś kosmos – to, co się dzieje. Spotkałam tylu dobrych ludzi na swojej drodze, którzy pomogli mi bezinteresownie pracować w ten sposób, spełniać swoje marzenia w sposób, jaki mnie zawsze pociągał, interesował. Jestem im za to bardzo bardzo wdzięczna. To jest niesamowite. Więc oprócz poczucia “bycia w domu” jest również spełnieniem marzenia.

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Bardzo chciałabym zagrać w „Hairspray”, bardzo żałuję, że nie pojechałam na casting! Uwielbiam ten musical. Chciałabym też kiedyś wystąpić w „Tańcu Wampirów” i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ten tytuł pojawi się w Polsce. Chciałabym jeszcze wystąpić w „Nędznikach”, najchętniej w roli pani Thenardier. Cudownie by było wystąpić jako konkretna postać, ale świetną sprawą byłaby możliwość zagrania w tych produkcjach w zespole – żeby mieć możliwość stworzenia wspólnie świata, w który wciągamy widzów razem na te 2-3 godziny!
Dziękujemy za rozmowę!
Bardzo dziękuję za wspaniałą rozmowę ❤️ Dziewczyny, jesteście świetne! Pozdrawiam serdecznie 🙂
PolubieniePolubienie
Dziękujemy!❤️
PolubieniePolubienie