Wokalistka, aktorka teatralna, serialowa, filmowa i dubbingowa.
Na swoim koncie liczne role w spektaklach dramatycznych i musicalach m.in.: w „Miss Saigon” i „Grease” w Teatrze Roma, „Kwiatach we włosach”, „Missa Gospel’s” oraz spektaklach Teatru Rampa, z którym była związana w latach 2003-2015 („Sztukmistrz z Lublina”, „Złota Kaczka”, „Pinokio”, „Pińska Szlachta” i in.). Występowała w musicalu „Legalna blondynka” oraz spektaklu „Rewia Variete” w Krakowskim Teatrze Variete, widowisku muzycznym „Krzyżacy rock-opera”, a także w spektaklu dla dzieci „Oku-la-la-ry”.
Obecnie można ją zobaczyć w musicalu „Zakonnica w przebraniu” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu oraz „Czarownice z Eastwick” w Teatrze Syrena w Warszawie.

Razem z Magdą miałyśmy okazję porozmawiać z Panią Olgą.
Efekt prezentujemy poniżej
Jak Pani wspomina pracę w Teatrze Muzycznym ROMA?
Bardzo miło, to było bardzo dawno temu. W 2001 roku zaczęłam tam pracę, więc wiele, wiele lat temu. Byłam na początku swojej drogi, wyprowadziłam się z Wrocławia do Warszawy, więc właściwie wszystko się złożyło: i praca w teatrze, i wyprowadzka z ukochanego Wrocławia do dużego miasta, i życie na własną rękę. Emocjonalnie to był ogólnie trudny moment, ale dość miło wspominam te czasy.
Czym różni się przygotowanie roli w spektaklu, a w serialu?
Różnica jest znacząca.
Rolę w teatrze przygotowuje się wiele miesięcy, próby 10-14, 18-20 sześć dni w tygodniu. Żeby po prostu zrobić spektakl, który najczęściej w musicalu jest z choreografią, piosenkami, trzeba włożyć bardzo dużo pracy. Teatr wymaga ogromnej pracy.
Natomiast przy serialu, na niedługi czas przed kręceniem danego odcinka, dostaję do niego scenariusz. Kręcone jest to na bieżąco. Oprócz przygotowania tekstu – żeby się nauczyć na pamięć – to tak naprawdę człowiek się do tego nie przygotowuje.
Jak wyglądały przygotowania do roli Doloris? Były konsultacje z prawdziwymi siostrami zakonnymi?
Nie, absolutnie nie było żadnych konsultacji. To nie jest spektakl, który wymaga bardzo mocnego podejścia do tematu, ale wspominam to niezwykle ciepło, to jedna z moich ukochanych ról. Zawsze, kiedy wracam do teatru w Poznaniu, bardzo się z tego cieszę i cieszę się na spotkanie ze swoimi ukochanymi zakonnicami.
Która rola teatralna jest Pani najbliższa?
Bardzo bliska jest mi Deloris van Cartier z “Zakonnicy w przebraniu”. Lubię swoją rolę Alex z “Czarownic z Eastweek”, Danusię z “Krzyżaków”. Lubiłam Paulette z “Legalnej Blondynki”. Każda z tych ról jest mi dość bliska, chociaż przyznam szczerze, że najbardziej kocham Deloris.
Jakie umiejętności z teatru przydały się w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”?
Właściwie wszystkie. Przede wszystkim gra aktorska – żeby wcielać się w postaci. Zauważać specyficzne punkty danych gwiazd: jak mówią, sposób ich poruszania, żeby móc je powtórzyć, mieć taką łatwość – ja jako aktorka ją mam. No na pewno śpiewanie, tańczenie, czyli wszystko to, co w teatrze w musicalu jest potrzebne i na co dzień jest szlifowane, w programie było udoskonalone.
Czy w dzieciństwie marzyła Pani o zawodzie aktora?
Marzyłam, ale bardziej marzyłam, żeby być piosenkarką. Potem zaczęłam marzyć o tym żeby występować na scenie. Od maleńkiej oglądałam na kasecie VHS wszystkie światowe musicale, więc wszystko to znałam na pamięć. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że można to przełożyć na scenę teatralną i że musical jest tak powszechnym i lubianym gatunkiem w świecie.
Czy ktoś Panią zainspirował, zachęcił do pracy w teatrze?
Wychowałam się w domu muzyków, mój tato komponował bardzo dużo muzyki teatralnej we Wrocławiu w Teatrze Polskim.Nie zapomnę jednego wydarzenia: jak byłam dziewczynką, przychodziłam z tatą do Teatru Polskiego we Wrocławiu i tato tam był kierownikiem muzycznym spektaklu pt. “Ania z Zielonego Wzgórza”. Rolę Ani grała Jolanta Fraszyńska, muzykę napisał pan Karnecki, a reżyserował Jan Szurmiej. Pani Fraszyńska śpiewała taką piękną piosenkę o sukience z bufkami. Zakochałam się w tej piosence. Siedząc na kolanach taty i podziwiając Jolę, zapragnęłam być taką wspaniałą aktorką.
Ile miała Pani lat, gdy po raz pierwszy zetknęła się Pani ze sceną?
Tak profesjonalnie, jako aktorka – mając 19 lat, kiedy zaczęłam pracować w TM ROMA, ale to były moje początki. Musiało upłynąć wiele wody, żebym wiedziała, po co na tej scenie się znajduję i faktycznie profesjonalnie na tę scenę wejść.
Myślę, że po wielu latach czynnej pracy w Romie i w innych teatrach zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, czym jest aktorstwo, kim jestem na scenie i co chcę przekazać.
Poważne spotkanie ze sceną było później, niż mój debiut.
Mój debiut na scenie miał miejsce jak miałam 4 latka. Mój ojciec był oboźnym na obozie harcerskim. Nasz obóz rywalizował z innym (niedaleko położonym) na osoby najładniej śpiewające. Pojedynek trwał, aż w końcu tato zapytał mnie, czy nie chciałabym wyjść i zaśpiewać. Powiedziałam, że wyjdę. Tato grał na gitarze, ja zaśpiewałam i wygraliśmy.
Po tym występie dostałam pamiętnik z Reksiem.
Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Moim marzeniem jest, żeby do Polski trafił tytuł “Wicked” i żebym mogła zagrać Elfabę, myślę że byłabym świetną Elfabą. Ona jest bardzo podobna do mnie.
Istnieje wiele ról, które bym bardzo chciała zagrać.
Dużo jeżdżę po świecie, oglądam wiele różnych musicali, naprawdę jest z czego wybierać. Wiele rzeczy jest moim marzeniem, ale ciągle czekam na propozycje.
Jak Pani wspomina pracę jako solistka u pana Piotra Rubika?
Wspominam doskonale pracę u Piotra. Bardzo się lubiliśmy (nie tylko z Piotrem ale i z całą grupą). To był wspaniały skład, do dzisiaj mamy mocny kontakt ze sobą i z Chórem Kameralnym „Fermata” – mam tam swoje przyjaźnie.
To był doskonały czas. Zwiedziłam kawał Polski, grałam na największych scenach.
Czy w Pani życiu zdarzyły się momenty, w których chciała
Pani zrezygnować ze sceny?
Chyba aż tak drastycznie to nie. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez śpiewania, a czy bez sceny? Myślę, że nigdy tak drastycznie nie podchodziłam do zawodu aktora, który jest bardzo trudny, wielokrotnie dał mi popalić i dostawałam w nim po tyłku. Jest pełen przeróżnych emocji.
Spotykałam ludzi, którzy mnie inspirowali, ale i takich chcących mnie zniszczyć.
Nigdy nie podchodziłam do tego zero-jedynkowo. Jestem bardzo pozytywnym człowiekiem. Zawsze myślę, że szklanka jest do połowy pełna i podnoszę się z pewnych rzeczy.
Jeśli miałabym zrezygnować, to tylko ze względu na mojego syna.
Czym jest dla Pani teatr?
Teatr jest moim domem, to piękne, że on jest w moim życiu. Uwielbiam ten moment, gdy wchodzę do teatru na tyle wcześnie, że mogę wejść na scenę, która jest jeszcze pusta, albo przygotowywana przez zespół techniczny, by móc się przywitać ze sceną albo nią po prostu pooddychać. Po pierwszej premierze lubię na nią wejść i podziękować.
To miejsce, które ma dla mnie niezwykłe znaczenie, może dlatego, że jest ze mną od pierwszych chwil mojego życia – jest związane z moją rodziną, życiem rodzinnym. Zupełnie naturalne jest to, że jest obok mnie.