„Lubię uszczęśliwiać ludzi i lubię skłaniać ich do przemyślenia pewnych kwestii.”, wywiad z Maćkiem Dybowskim

Zapraszam Was do przeczytania wywiadu z Maćkiem Dybowskim, przed lekturą warto zapoznać się z jego notką biograficzną, którą notabene sam napisał:)

Student Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie na kierunku Aktorstwo Teatru Muzycznego. Współpracował z Teatrem Miejskim w Lesznie, gdzie wystąpił w spektaklach „Tajemnica Tomka Sawyera” w reżyserii Antoniusza Dietziusa i „Królowa Śniegu” w reżyserii Dariusz Banka. Związany jest również z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, gdzie można go oglądać w musicalu „Kinky Boots” w reżyserii Eweliny Pietrowiak. Od dwóch lat związany z Teatrem Syrena, gdzie zagrał w musicalu „Next to Normal” rolę Henrego, w musicalu „Rock of Ages” postać Franza oraz postać Kuby w „Kapitan Żbik i żółty saturator” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Na swoim koncie ma także role filmowe i telewizyjne. Współpracuje ze studiami dubbingowymi, m.in. SDI Media, PRL Studio, Roboto Sound, Start Studio International Polska, Film Factory Studio, BTI Studio, TO Studio

56214469_2053873237982879_8157368399597404160_o
fot. One Vision – strefa musicalu

Co sprawiło, że zakochałeś się w teatrze i postanowiłeś zostać aktorem?
W mojej rodzinie zawsze, odkąd tylko pamiętam, była obecna muzyka. Mam muzykalną rodzinę i muzyka zawsze towarzyszyła nam na różnych wyjazdach, na wakacjach. Graliśmy na gitarach przy ognisku wszystkie możliwe piosenki – przez Rodowicz, Czerwone Gitary, Elektryczne Gitary i wszystkie szlagiery pokolenia moich rodziców. Myślę, że to mnie jakoś ukierunkowało i wpłynęło na mój dalszy rozwój muzyczny. Jednak takim w pewnym sensie przełomowym momentem było pójście do teatru na musical. Pierwszym, który bardzo dobrze pamiętam, był „Upiór w operze” w Teatrze Muzycznym Roma, który zmiótł mnie z nóg. Bardzo mi się to podobało i uznałem wtedy, że forma musicalu jest czymś niesamowitym, bo nie dość, że trzeba dobrze zagrać, dobrze zaśpiewać, dobrze zatańczyć, to jeszcze to wszystko razem połączyć. 
Ja marzyłem zawsze, by być piłkarzem i zrobić wielką karierę – chodziłem siedem razy w tygodniu na treningi na Agricolę, trochę czasu grałem też w Legii Warszawa w Młodych Wilkach. I w pewnym momencie, gdy moja siostra zaczęła uczęszczać do Warsztatowej Akademii Musicalowej Pawła Podgórskiego – za czasów, kiedy było tam jeszcze ze trzydzieści osób – otworzyła mi się jakaś “klapka”. Poszedłem na jeden ich pokaz, potem na drugi i powoli zaczęła się we mnie kształtować myśl, że może, oprócz tego grania w piłkę, spróbowałbym trochę potańczyć, trochę pośpiewać, rozwijać się w tym kierunku. Już po tych dwóch pokazach, w których brała udział moja siostra, też poszedłem do Warsztatowej Akademii Musicalowej i właśnie tam, za sprawą wielu pedagogów, otworzyły mi się wrota do musicalu. Jednym z tych pedagogów był Marcin Wortmann, z którym teraz gram na jednej scenie w spektaklu „Rock of Ages” w Teatrze Syrena. Niesamowity jest ten proces przejścia – od dzieciaka z marzeniem, by występować na scenie, poprzez naukę u profesjonalistów, do znalezienia się razem z nimi na tej samej scenie.

Byłem w Teatrze Sztuk Wielu, prowadzonym przez Piotrka Balickiego i Bartka Zaniewicza, potem poszedłem do Śródmiejskiego Teatru Muzycznego, gdzie zacząłem współpracować z Antkiem Dietziusem w niesamowitych produkcjach, które będę pamiętał do końca życia. Grając najpierw w „Miss Saigon”, potem w „Skrzypku na dachu” i „Footlose” bardzo związałem się z zespołem i najchętniej dalej bym z nimi pracował. To doświadczenie spowodowało, że podjąłem decyzję o pójściu w sztukę, w teatr, zostaniu aktorem.

Do Akademii Teatralnej próbowałem zdawać od razu po maturze, ale niestety nie udało mi się tam dostać. W tym samym roku poszedłem do Akademii Filmu i Telewizji na reżyserię (śmiech) – to było warszawskie dwuletnie studium, ukończyłem je. Potem miałem rok przerwy i stwierdziłem, że już nie będę dobrze przygotowany do egzaminów na Akademię Teatralną. Miałem wtedy straszny kryzys i nie wiedziałem, czy mnie to aktorstwo na pewno interesuje, czy może jednak lepiej zostać przy reżyserii.
-weight: 400;”>Dużym zapalnikiem do pozostania w aktorstwie była dla mnie Beata Kawka, która została wtedy dyrektorem artystycznym Teatru Miejskiego w Lesznie. Sprowadziła mnie do tamtego teatru nie jako aktora, ale jako pracownika działu promocji. Poza tym po skończeniu AFiT zacząłem latać dronami, robiłem filmiki, więc zatrudniono mnie do kręcenia różnego rodzaju trailerów. Przesiadywałem na próbach, podglądałem sobie cały teatralny świat od podszewki. Poznałem niesamowitych ludzi – z niektórymi pracuję do dziś, ze wszystkimi mam kontakt. Po pół roku dostałem propozycję zagrania w spektaklu „Tajemnica Tomka Sawyera” i po niedługim czasie zaproponowano mi rolę na zastępstwo w spektaklu „Królowa Śniegu”.
span style=”font-weight: 400;”>Po powrocie do Warszawy i po przerwie trwającej 3 lata, udało mi się dostać do Akademii Teatralnej. Myślę, że to, że się tam dostałem też po części było moim zapalnikiem do dalszego działania, bo jest to marzenie wszystkich ludzi chcących być aktorami.

Dlaczego aktor? Dlaczego musical?
Jeśli chodzi o musical – bardzo lubię, kiedy człowiek jest w stanie wyrazić siebie za pomocą trzech składników: śpiewu, tańca i gry aktorskiej, które dają razem piękną całość. Zawsze mnie to poruszało i lubiłem to. Uważam, że jest to nie lada wyzwanie i niewielu to potrafi. Trzeba mieć dodatkowo dobry słuch, żeby brzmieć jak najbardziej prawdziwie, żeby nic nie było przerysowane, jeśli chodzi o kwestię interpretowania wszystkich tych piosenek.
Dlaczego aktor? Ja do tej pory zastanawiam się, czemu akurat aktor. W zasadzie już teraz, będąc na 3. roku studiów uważam, że jest to męczący zawód. Czasami myślę sobie, że przecież jest wiele pięknych zawodów na ‘a’: „adoktor”, „aprawnik”, które dają satysfakcję i pieniądze (śmiech). Mimo wszystko tutaj jest różnie. Ale jeżeli to się kocha, to się to robi.

dybo żbik

Jak wyglądała praca nad postacią Szefa w “Miss Saigon”? 
Zanim zaczęliśmy pracę nad “Miss Saigon” w Śródmiejskim Teatrze Muzycznym, nie widziałem tego spektaklu na żywo. Jednak gdy praca nad nim ruszyła pełną parą, narodziła się moja miłość do niego i chyba jest to mój ulubiony musical.
Praca nad rolą była trudna w dużej mierze z tego względu, że startowałem na rolę Chrisa i ta rola najbardziej mnie satysfakcjonowała. Miałem przeczucie, że tylko do niej się nadaję. Nie widziałem siebie jako Szefa, tym bardziej, że powinien go grać człowiek w wieku 30-40 lat. Chris to młody, pogubiony i zakochany chłopak – uważałem, że w tej roli będę dobry.
Z reżyserem – Antkiem Dietziusem – na początku miałem śmieszną relację, bo bardzo się nie lubiliśmy. Jeszcze przed castingiem zapierałem się rękami i nogami, że nigdy w życiu nie zrobię nic w Śródmiejskim Teatrze Muzycznym, bo nie dogaduję się z panem Antoniuszem i nie dam rady z nim pracować. Do wystartowania w castingu namówiła mnie moja dziewczyna – Kasia Kanabus, więc cały zestresowany poszedłem na tego Chrisa. Casting nie poszedł mi najlepiej, dostałem informację: „proszę na jutro przygotować piosenkę Szefa, może pan z tekstem”. Przygotowałem, zaśpiewałem z kartki, nie w moich tonacjach, zestresowany. Jakoś się udało i dostałem tę rolę. Świetnie – człowiek chciał Chrisa, a dostał Szefa… (śmiech). Początkowo byłem bardzo zbulwersowany i zły, ale w trakcie prób stwierdziłem, że to jest wspaniała rola! Szczęście nie do opisania! Chętnie zagrałbym Szefa jeszcze raz, jednak tym razem dużo bym pozmieniał i pododawał. To była fantastyczna przygoda z niesamowitym materiałem.

ms2
bajkonurek.pl

Wolisz grać w spektaklach dla dzieci czy dla dorosłego widza?
Nie mam chyba czegoś takiego, że wolałbym w czymś zagrać. Uważam, że jak wchodzi się w jakąkolwiek produkcję, to zawsze znajdzie się coś dla siebie.
Cieszę się, że miałem szansę zagrać dla młodszego widza w Lesznie („Tajemnica Tomka Sawyera”, „Królowa Śniegu”), to jest zawsze niesamowite doświadczenie, bo wiadomo, że dzieci są najbardziej wymagającymi widzami. Jeśli jesteś nagrodzony śmiechem lub brawami przez dziecko, to znak, że naprawdę mu się podoba — dziecko nie udaje. Spektakl dla dzieci to super wyzwanie.
Natomiast spektakle dla starszej widowni też są fajne, jeżeli czuję, że widzowie mnie kupują, akceptują, podoba im się to, co robię. Albo mnie nienawidzą, gdy taki jest cel, żeby mnie – jako bohatera spektaklu, nienawidzili.
Moim zdaniem aktor powinien zmagać się ze wszystkim, co jest możliwe, zdobywać nowe doświadczenia, umiejętności, bo to powoduje późniejszy wachlarz możliwości: możesz zagrać na wszelakie sposoby. Wiadomo – jak ktoś zazwyczaj grał role komediowe, to potem ciężko mu będzie zagrać rolę dramatyczną – jest to widoczne, zwłaszcza w Polsce – ale są osoby, które potrafią tak zrobić.

teatr leszno
Teatr Miejski w Lesznie

Czy wiążesz swoją przyszłość teatrem?
Tak – z aktorstwem i musicalem. Teatr muzyczny to jest mój numer 1, który kocham i zmierzę się z każdym możliwym. Po skończeniu szkoły planuję spróbować swoich sił w serialu i filmie. Uciekam od aktorstwa stricte dramatycznego, ale jestem człowiekiem, który jak mu zaproponują, to się podejmie. Skłaniam się ku filmom i serialom, bo uważam, że trzeba tego spróbować. Będąc dzieckiem miałem okazję zmierzyć się z planem filmowym (serial „Prawo Agaty” – wszystkie sezony), to była drugoplanowa, mała rólka — grałem syna Tomka Karolaka i Darii Widawskiej, ale byłem młody i bez doświadczenia.

Czy podsczas kręcenia serialu „Prawo Agaty” i pobytu na planie odczuwałeś stres?
To był potworny stres! Pierwszego dnia zdjęciowego myślałem, że mi serce wypadnie, ale potem to przemija i człowiek zaczyna się w to wszystko wkręcać.
Praca na planie to ciekawe wyzwanie, bo człowiek ma możliwość powtórzeń, dubli, żeby wszystko było na pewno w porządku. W teatrze tego nie ma. W teatrze gdy raz wchodzisz na scenę, musisz to zrobić i albo ci się uda, albo nie. Miejmy nadzieję, że za każdym razem będzie się wszystko udawało, ale też trzeba pamiętać, że aktor to człowiek, a nie maszyna, i trzeba wybaczyć niedyspozycję i zmęczenie, które wkradają się do organizmu.

Jak dużo jest Ciebie w postaci Franza w spektaklu “Rock of Ages”? Postać jest dla Ciebie, czy macie kompletnie odmienne charaktery?
Rola Franza to chyba najbardziej ciesząca mnie rola, jeżeli chodzi o wszystkie produkcje teatralne, pod względem luzu i przygotowania (śmiech). Franz jest bardzo charakterystyczną postacią, delikatnie przerysowaną i grając ją można sobie pozwolić na wiele rzeczy, o których w innych rolach nie byłoby mowy.
Ja mam ogromną frajdę z grania „Rock of Ages” i postaci Franza, dlatego za każdym razem, kiedy zaczynają się próby wznowieniowe, mam takie: „Ojejku! Nareszcie! Będzie można się powygłupiać, potańczyć i to przeżyć”.

pobrane
Teatr Syrena

Czy reżyser Cię jakoś nakierował?
Tutaj była fajna sytuacja, ponieważ ja z Markiem Grabiniokiem — odtwórcą drugiego Franza — bardzo się polubiliśmy i to spowodowało, że wspólnie tworzyliśmy tę postać. Świetnie bawiliśmy się przy tej produkcji, bo jest to rewelacyjnie napisana rola! Jacek Mikołajczyk absolutnie kupował to, co my stworzyliśmy, mówił: „Super! Idźcie w to chłopaki. Jak będzie za dużo, to będziemy zdejmować”. Pokochałem tego chłopaka już od pierwszych prób, po raz pierwszy czytając scenariusz. Podczas tworzenia zależało mi, żeby Franz był postacią lubianą, śmieszną, a dodatkowo, żeby w pewnym momencie widz współczuł biednemu chłopakowi, który ma marzenia, ale jest gnębiony przez swojego ojca. Uwielbiam tę postać!

teatr_syrena_musicale_rock_of_ages_spektakle_repertuar_warszawa__6_
Teatr Syrena

Czy trudno jest okazywać emocje na scenie, np., miłość do drugiej osoby, kiedy w rzeczywistości Cię ona odrzuca?
Tak, to jest zawsze trudne, ale moim zdaniem, kiedy chcesz być profesjonalnym w tym, co robisz, to odstawiasz na bok wszystkie emocje, które nie są związane z daną sceniczną emocją. Jeżeli kogoś nie lubisz, a masz zagrać z nim scenę miłosną, będąc profesjonalistą – odstawiasz wszystko na bok i idziesz w to na 100%. Jeśli mój bohater kogoś kocha, to robi to na maxa, jeśli się w kimś zakochuje, to też przechodzę przez cały ten stan, nic sobie nie wyobrażam – ja to w sobie wypracowuję. W teatrze trzeba się tego nauczyć, to warsztat, który musisz w sobie wypracować. Jeśli jesteś amatorem, to to widać i widz natychmiast to  wychwyci.

Jak dużo w trakcie spektaklu jest Maćka Dybowskiego, a ile postaci, w którą się wcielasz?
Staram się robić wszystko, żeby było 100% postaci, ale staram się to robić w taki sposób, żeby nie wpływało to później na moje życie. 
Są różne szkoły tworzenia ról: jedni wchodzą w to bardzo emocjonalnie i wewnętrznie ich to uderza, co powoduje, że potem ciężko im wyjść z tego stanu. Ja staram się w 100% panować nad swoim umysłem, ciałem, żeby życie sceniczne nie wpływało na moje życie prywatne. Po prostu wcielam się w jakąś postać, wchodzę w nią, badam z każdej możliwej strony: jej zachowanie, ruchy, myślę, co mogłoby być w niej charakterystycznego. Wiadomo, że każdy daje jakąś cząstkę siebie do swojej postaci, ale jest to głównie ta odgrywana postać.

Czym się kierujesz, zgłaszając się na casting?
Szczerze mówiąc, nie byłem na wielu castingach. Ale gdy zdarzy mi się być, to przede wszystkim zwracam uwagę na to, czy jest dla mnie jakakolwiek rola, czyli czy opis którejś z postaci pasuje do mnie – chłopaka w wieku 16-25 lat – bo więcej niż 25 mi nie dadzą (śmiech). Jeśli nie ma dla mnie roli, to walczę o miejsce w zespole.
Zespół jest bardzo ważny i uważam, że każdy aktor powinien doświadczyć bycia jego częścią, zanim dostanie rolę pierwszo-, czy drugoplanową i zrozumieć, że ludzie którzy są dookoła, pracują też na jego sukces. Ci ludzie pracują 3 razy ciężej od niego po to, żeby wszystko wyglądało jak najlepiej. Zawsze można wyjść samemu na scenę, ale w musicalu raczej wychodzi się właśnie w zespole. Trzeba szanować wszystkich w teatrze. Według mnie najważniejsze jest to, żeby być zespołem.
Jeżeli jest to casting do musicalu, to patrzę na wymagany głos, bo, jeśli ma to być bas, to też nie dam rady – jestem tenorem. Kieruję się też tym, czy podołam czasowo, bo niestety nauka w Akademii Teatralnej w połączeniu z tym, co mam w chwili obecnej na głowie – aktualnie jest to 5 spektakli w teatrze profesjonalnym, a także 3 projekty szkolne, które od czasu do czasu trzeba grać – zabiera łącznie dużo czasu.

36_SAM_4171

W spektaklu “next to normal” grasz Henry’ego. Czy ta rola jest wymagająca i ważna, Twoim zdaniem, dla całości spektaklu?
Tak. Uważam, że tak, ponieważ wydaje mi się, że Henry to jedyna postać, która trochę rozluźnia napiętą atmosferę całego spektaklu. Jako Henry żartuję, mogę sobie pozwolić na swobodniejsze granie. Podczas gdy widz 80% spektaklu ogląda wbity w fotel, z zapartym tchem, moja postać daje troszeczkę luzu. Jak wchodzę pierwszy raz, to wszystko jest raczej zabawne, daje delikatny oddech. Oczywiście, potem swoje przeżywam, bo miłość Henry’ego do Natalie i troska o tę dziewczynę rośnie coraz bardziej i jednak ze śmiesznego, zjaranego chłopaka, Henry staje się człowiekiem, który chce zrobić wszystko, żeby Natalie nie popadła w to samo, co jej mama. Tak naprawdę nie wiadomo, co będzie dalej, scenariusz jest tak napisany, że każdy może to interpretować, jak chce. Dla mnie Henry i Natalie to młodsi Dan i Diana.
Nie uważam, że Henry jest jakoś bardzo drugoplanowy. Gdy spektakl jest na sześciu aktorów, musimy pracować bez przerwy — jak jeden organizm, nie ma chwili wytchnienia. Jeżeli schodzę na chwilę ze sceny, to od razu mam przebiórkę do swojej kolejnej sceny.  Wiadomo, w spektaklu rządzi Diana i chociaż mówimy, że Henry gra drugie tło, to w „next to normal” każda postać jest szalenie ważna.
Kocham ten spektakl, jest wyjątkowy. Fajnie by było namawiać ludzi, żeby na niego przychodzili, bo jest bardzo  współczesny i aktualny. Choroba afektywna dwubiegunowa jest obecna wśród nas – ludzi, a my nie zdajemy sobie sprawy, jak wielu z nas to dotyka.
Widz, który przychodzi do teatru – szczególnie na musical, oczekuje rozrywki, a w tym przypadku jej nie dostaje. Za to dostaje bardzo dramatyczną historię, która jest rewelacyjnie przedstawiona. ”next to normal” jest dramatem musicalowym. Warto przyjść i zobaczyć ten spektakl – przecież nie samą rozrywką człowiek żyje, więc myślę, że warto to przeżyć.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Dla ludzi teatr był zawsze formą rozrywki, oczyszczenia, katharsis. Dla ludzi, którzy chcą iść dalej w ten zawód, teatr staje się pracą. Tak naprawdę, teatr jest dla mnie poznawaniem nowych ludzi, przyjaciół; tworzeniem czegoś dla widzów, którzy przyjdą i zobaczą. Dla mnie teatr to przede wszystkim ludzie – ci, których poznaję na żywo i ci, którzy tworzyli i już niestety nie żyją. Dzięki teatrowi poznaje się też literaturę, cały proces produkcji.
Teatr jest całym moim życiem i w sumie mimo tego, że mam rodzinę i dziewczynę, którą bardzo mocno kocham, to teatr jest dla mnie wszystkim. To niesamowite, co ludzi popycha, żeby iść w aktorstwo. Bo ja nie mam pojęcia, co mnie popchnęło… Może to, że lubię przekazać coś ludziom, lubię jak śmieją się dzięki mnie, jak płaczą, przeżywając to co ja. Lubię uszczęśliwiać ludzi i lubię skłaniać ich do przemyślenia pewnych kwestii.

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
W zasadzie nie mam marzeń co do musicalowych ról. Może jedno, ale niemożliwe do spełnienia, bo nie jestem czarnoskóry. Myślę, że rola Simby byłaby czymś takim, co spowodowałoby u mnie euforię, gdybym miał możliwość sięgnięcia do wspaniałego musicalu jakim jest “Król Lew”.
W świecie musicalowym nie jest tak, że “o! chciałbym zagrać Hamleta”, tak jak w teatrze dramatycznym, gdzie istnieją właśnie takie szczególne role. W musicalu czegoś takiego nie ma, bo cały czas powstaje coś nowego i za każdym razem masz ochotę zmierzyć się z czymś nowym.
Chciałem się zmierzyć z rolą Gabe’a w “next to normal”, bo to jest też super rola, też na nią startowałem, ale dostałem Henry’ego, więc, jak widać, za każdym razem dostaję coś innego, niż chcę (śmiech). Chociaż startując do “Rock of Ages” brałem pod uwagę dwie role: Drew i Franza, i dostałem Franza. W “Żbiku” [“Kapitan Żbik i żółty saturator” – przyp. red.] startowałem do roli Kuby i ją dostałem, ale tu faktycznie tylko do tej roli pasowałem, więc to rola trochę “po warunkach” (śmiech).

Dodaj komentarz