Paweł Skiba – wokalista, akordeonista, autor tekstów oraz muzyki. Dotychczas najbardziej znany jako wokalista Studia Accantus oraz zespołu GooseBumps. Teraz wydał singiel, którym wyznacza nową drogę w solowej karierze. „Miłość” to połączenie mocnych gitarowych brzmień z elementami elektroniki, które powstało we współpracy z Andrzejem Jaworskim.
W lipcu rozpoczął trasę „Street Tour” – nietypową trasę koncertową, podczas której, razem z Jakubem Laszukiem, występują na ulicach polskich miast.
Skąd pasja do muzyki? Co było pierwsze: śpiew czy akordeon?
Pasja do muzyki pojawiła się, gdy miałem zaledwie kilka lat, nawet tego nie pamiętam. Moi rodzice są dosyć muzykalni i to oni zaszczepili we mnie muzykę. Podczas swojego pierwszego poważnego wyjścia na scenę miałem 4 lata i co nieco pamiętam z tego wydarzenia.
Zaczęło się od śpiewu, dopiero potem, bo w 4 klasie szkoły podstawowej, gdy poszedłem na pierwszy stopień szkoły muzycznej w Biłgoraju, pojawił się akordeon guzikowy.
Jak czas pandemii wpłynął na Twoją twórczość?
Bardzo pozytywnie, choć pojawiły się chwile zwątpienia. Myślę, że te 3 miesiące dały mi mocno popalić mentalnie. Pamiętam, jak 16 marca spakowałem rzeczy i przyjechałem z Warszawy do domu rodzinnego. Spędzałem te chwile z rodziną, bo – nie ukrywajmy – wszyscy się trochę wystraszyli. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. W pewnym momencie stwierdziłem jednak, że to nie może dłużej trwać, bo to rozrywa serducho i głowę.
Przez ten okres napisałem dużo rzeczy i to mi trochę pomogło. Przez tę dziwną sytuację dużo zrozumiałem. Ta chwila samotności, połączona z brakiem alternatywy i pewności tego, co będzie dalej, pomogła uporządkować wiele rzeczy. Kiedy zaczęła się pandemia miałem zaplanowane jeszcze 3 koncerty z trasy Accantus Live 2.0, które nam przełożono, w maju miałem zaczynać trasę z GooseBumps, w planach były też inne koncerty. Wszystko zostało poprzekładane, w czerwcu nadal się nic nie działo.

Czy masz swoje autorytety muzyczne? Jeśli tak, to na kim się wzorujesz?
Pierwszym dużym autorytetem muzycznym był i jest nadal Czesław Niemen, do tej pory śpiewam jego utwory. Wykonywałem je też na festiwalach muzycznych, gdy byłem w gimnazjum, a nawet już w szkole podstawowej, na ogólnopolskim festiwalu w Nałęczowie, gdzie zaśpiewałem piosenkę “Dziwny jest ten świat”, z którą zdobyłem Srebrnego Słowika. Utwory Niemena do tej pory siedzą w mojej głowie i bardzo często pojawiają się w moim repertuarze.
Jeśli chodzi o współczesny polski rynek, to moim autorytetem jest wszystko, co wiąże się z Męskim Graniem. To jest totalnie mój klimat i wszyscy artyści, którzy tam występują – czy bardziej alternatywni, czy troszkę mniej, są dla mnie autorytetami, którymi się inspiruję. Przez wiele lat szukałem różnego typu inspiracji, tworzyłem i śpiewałem różną muzykę, ale to, co w sercu gra, to mocniejsze brzmienie właśnie tego typu.
Co jest najtrudniejsze w występach na żywo?
Najtrudniejsza jest kwestia stanu mojego gardła — to tylko od tego zależy, czy coś będzie łatwe, czy trudne. Jestem na takim etapie, że nie mam problemu z wychodzeniem na scenę. Nie sprawia mi też problemu śpiewanie trudnego repertuaru, który lubię i który mi odpowiada. Jeśli miałbym coś z góry narzucone i by mi to po prostu nie siedziało, to wiadomo, pojawiają się jakieś małe niuanse, które sprawiają, że coś może pójść nie tak, ale jeśli są to koncerty Accantusa, GooseBumps, czy nawet trasa “Street Tour” to czuję się w tym, jak ryba w wodzie.
Czym inspirujesz się tworząc własne piosenki?
Chyba wszystkim, co mnie otacza. I pewnie każdy artysta tak mówi, ale tak po prostu jest (śmiech). Bywają takie dni, gdy chciałbym coś zrobić, ale totalnie nie jestem w stanie, bo zupełnie nic nie przychodzi mi do głowy. W moim przypadku rzeczy wychodzą najczęściej spontanicznie — wszystko, co napisałem – od mojego pierwszego autorskiego utworu “Jesień”, wyszło spontanicznie. Kiedy próbowałem coś “sklecić” na siłę, okazywało się żenujące i od razu wyrzucałem to do kosza, nawet do tego nie wracając, a jak już wracałem, to wyrzucałem ponownie (śmiech).
Moje ostatnie twórcze uniesienia wychodziły spontanicznie i znajdą się na płycie, którą, mam nadzieję, już niedługo usłyszycie i będziemy mogli wspólnie przeżywać koncerty z moją autorską muzyką.
Co lub kto zachęcił Cię do udziału w programie “Bitwa na głosy”?
Głównie zmotywowali mnie do tego rodzice i to jest ich zasługa, bo ja niespecjalnie miałem ochotę jechać na casting. Miałem dosyć castingów różnego typu, jako chłopak z dalekich krain lubelskich (śmiech). Nie było mi to po drodze, już miałem tego dosyć. Moi rodzice widzieli, że jestem trochę wypompowany tym wszystkim, przestałem w siebie wierzyć. Dosłownie z dnia na dzień powiedzieli mi, że jedziemy się przejechać na casting do “Bitwy na głosy”. Nie byłem chętny, ale powiedzieli: “idź tam, zrób swoje”. Uważałem, że fajnie, jeżeli się dostanę, ale nie robiłem sobie na to nadziei, więc po prostu poszedłem i zaśpiewam. Wszystko złożyło się tak, że się dostałem.

Czego się nauczyłeś poprzez udział w programie?
Tak naprawdę to była moja pierwsza sytuacja z telewizją – kamery, obycie ze sceną, masa ludzi. Stojąc na scenie wiesz, że to jest emitowane na żywo i że oceniają cię sławni ludzie, którzy znają się na rzeczy. Dla osoby początkującej jest to nauka jazdy bez trzymanki. Pod względem wokalnym nie byłem osobą początkującą, już trochę osiągnąłem, ale raczej na polu festiwalowym – wojewódzkim i ogólnopolskim, a nie telewizyjnym. Wcześniej nie miałem specjalnej styczności z kamerami, uczyłem się tego, to było dla mnie nowe.
Po “Bitwie na głosy” pojawił się festiwal “Opole”, gdzie śpiewałem chórki z Kubą Jurzykiem. Zostaliśmy o to poproszeni przez różnych menedżerów, ponieważ byliśmy polecani przez niektóre osoby. Razem dobrze się czuliśmy na scenie i dobrze śpiewaliśmy. Dla mnie to był kosmos! Ten festiwal znałem z telewizji i strach było go oglądać (śmiech). Nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek stanę na tych deskach, no chyba że pod sceną po festiwalu, jak nikogo nie będzie.
Pamiętam, że wystąpiliśmy w chórkach Doroty Miśkiewicz z Łukaszem Zagrobelnym, z Blue Cafe i to było dla mnie ogromne wydarzenie. Postanowiłem wtedy, że chcę tam wrócić i nie ma innej opcji, bo to było piękne.
Jak zaczęła się Twoja przygoda ze Studiem Accantus?
Parę lat temu przez przypadek poznałem Bartka. Ja miałem wtedy zespół My Bike, z którym napisaliśmy płytę, koncertowaliśmy trochę i też siedziałem w innej muzyce. Pamiętam, że Bartek kilka razy rozmawiając ze mną pytał, czy wpadłbym do Studia Accantus i coś zaśpiewał. Wtedy zupełnie nie interesowałem się musicalem, ani bajkami i to nie był mój klimat śpiewania. W pewnym momencie Bartek poprosił mnie jednak, żebym dograł coś na akordeonie. To było „Więzienne Tango” z musicalu „Chicago”. Kiedy nagrałem swoją część zapytał mnie, czy nie chciałbym zaśpiewać fragmentu chórków. Zgodziłem się, zaśpiewałem. Na drugi dzień dostałem telefon o kolejny fragment do zaśpiewania i tak powoli zacząłem się w to wkręcać, i zostałem na dłużej. Zresztą mam tam samych znajomych – razem z Blanką Pieńkos, która też czasami pojawiała się na nagraniach, Kubą Jurzykiem, Zuzą Makowską i Pawłem Izdebskim chodziłem na “Bednarską” (Zespół Państwowych Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Warszawie – przyp. red.), więc to musiało się wydarzyć (śmiech).
Wspomniałeś o zespole My Bike – jak wspominasz grę w tym zespole? Chciałbyś jeszcze z nimi pograć?
To było bardzo wspaniałe doświadczenie. Zaczęło się od tego, że oni rozstali się z Pectusem i wtedy do nich dołączyłem. Powiem szczerze, że nie byłem gotowy na jakąkolwiek karierę – ani wokalnie, ani mentalnie. Byłem młodym “leszczem”, który dobrze śpiewał, ale nie miał w sobie charyzmy i punktu, do którego zmierza. Spotkałem się z ludźmi, którzy mieli doświadczenie i byli dużo starsi ode mnie. W zasadzie w temacie muzyki nie miałem za bardzo nic do powiedzenia, bo nie tworzyłem muzyki, uczyłem się tego wszystkiego. Wydaje mi się, że nie ma przypadków i to musiało się tak potoczyć. Nagraliśmy płytę, koncertowaliśmy… To są super goście, uwielbiam ich i kocham ich jak braci – wszystkich po kolei, bo przeżyłem z nimi bardzo fajne chwile. Nasza droga się troszkę rozeszła, chyba tak miało być, każdy poszedł w swoją stronę i wyszło nam to na dobre.
Chciałbym z nimi kiedyś zagrać, powspominać i może nawet przearanżować repertuar, który zrobiliśmy na to, co teraz nam siedzi w sercach i pograć kilka wspólnych koncertów.
Z tego co wiem, teraz grają z Michałem Szpakiem, nazywają się Groove Section, więc jeśli ktokolwiek chciałby nawiązać współpracę z muzykami, to bardzo ich polecam, bo są świetni! A im życzę oczywiście wszystkiego dobrego i jestem pewien, że nie raz się jeszcze spotkamy – na scenie, pod sceną, poza sceną czy na backstage’u.
Obecnie grasz w zespole GooseBumps, jak zaczęła się przygoda z tym zespołem? Czy trudno jest “grać instrumenty”?
W zasadzie przygoda z tym zespołem zaczęła się przez “Bitwę na Głosy”, bo gdyby nie ten program, nigdy nie trafiłbym do Warszawy, ani nie poznał Dominika Skrzyniarza, który był ze mną w drużynie Natalii Kukulskiej. To on napisał do mnie w sprawie tego zespołu i stwierdziłem, że spróbujemy. Byłem po rozstaniu z My Bike i miałem lekki przestój zespołowy. W zasadzie byłem drugim ogniwem, które zapoczątkowało ten zespół. Było tam trochę roszad wokali męskich i nie tylko. W końcu doszło do sytuacji, w której zaczęliśmy regularnie grać koncerty. Teraz gramy piąty sezon. To znaczy gralibyśmy, bo w tym momencie jesteśmy na etapie czekania.
Zastanawiam się, dlaczego ja się tak trzymam tego GooseBumps? To jest zupełnie nie mój klimat, ale są tam fantastyczni ludzie i wyborna atmosfera zespołowa i chyba to jest dla mnie najważniejsze w pracy z nimi.. Po prostu ich kocham, uważam, że są wspaniali i lubię z nimi występować! W tym momencie jesteśmy na takim etapie, że muzyka, którą gramy na koncertach, sprawia nam na scenie przyjemność. Jak będę mieć swój zespół, to chciałbym w nim stworzyć taką samą atmosferę jak w GooseBumps.
Był taki moment, że stojąc na scenie nie czułem się pewnie. Śpiewanie a cappella jest bardzo trudne. To znaczy śpiewanie słów jest okej, ale robienie “tututu’” w każdym dźwięku to trudna sytuacja. Robiliśmy różne przemeblowania odsłuchów i próbowaliśmy różnych opcji, żeby to zabrzmiało i miało sens, bo były koncerty, na których brzmieliśmy źle. Teraz zainwestowaliśmy w wiele różnych rzeczy, które sprawiają, że brzmimy dobrze i sprawia nam to przyjemność.
Także jeśli ktoś ma ochotę podenerwować się w swoim życiu i dobrze zgrzać na scenie, to polecam wam zespoły a capella typu GooseBumps.

Widziałam, że zgłosiłeś się na casting do musicalu “Pretty Woman”. Zrobiłeś to ze względu na muzykę, czy na fabułę?
Ze względu na to, że w tym momencie poprzez Studio Accantus poszerzyłem horyzonty. W życiu bym się nie spodziewał, że będę startował do teatru, do musicalu typu “Pretty Woman”. Ale ja bardzo lubię się rozwijać i nie lubię stać w miejscu, i zamykać się na jeden gatunek muzyczny, bo to nie jest dobre. Zacząłem lubić musicale i bajki, więc postanowiłem po prostu spróbować sił w teatrach i chodzić na castingi.
Jak wcześniej wspominałem, przed wstąpieniem do Accantusa ta muzyka kompletnie mnie nie kręciła. W tym momencie podczas nauki piosenki ważna jest dla mnie i interpretacja, i strona aktorska, i sama muzyka. Niektóre utwory, które śpiewam w Accantusie są bardzo trudne, nie spodziewałem się, że podejście do jednej piosenki może zajmować mi kilka tygodni, żeby była perfekcyjna. Dzięki temu mój głos naprawdę się poprawił – pod względem barwy, poszerzenia się skali. Dlatego chcę chodzić na castingi do teatru i, kto wie, może spotkamy się kiedyś na jakimś spektaklu, w którym będę grał.
Dwa lata temu użyczałeś swojego głosu w filmie “Mała Stopa”. Jak się zaczęła ta przygoda?
To też było fajne doświadczenie. Zaczęło się od koncertu Accantus Symfonicznie, który zagraliśmy w Teatrze Muzycznym ROMA, na którym, jak się okazało, była pani pracująca w SDI. Po koncercie przyszła na backstage i powiedziała, że jest zachwycona moim głosem i bardzo chce mnie widzieć w dubbingu, i jak tylko będzie miała dla mnie rolę, to do mnie zadzwoni. Minęło kilka miesięcy, myślałem, że zupełnie o mnie zapomniała. Jednak zadzwoniła i zaprosiła mnie na próbę głosu do dwóch rzeczy: “Mała Stopa” i jeszcze jednego filmu. Po kilku dniach dostałem telefon, że to jest to, czego szukają i chcą, żebym to nagrał. Byłem totalnie podekscytowany, pierwszy raz miałem do czynienia z nagrywaniem dubbingu, nie wiedziałem jak to w ogóle wygląda.
Chciałbym się tym zajmować, bo to jest super przygoda! Przez chwilę zamieniasz się w inną postać – przez chwilę naprawdę myślałem, że jestem yeti. Na szczęście było lato i kiedy wychodziłem ze studia wiedziałem, że jednak wracam na Ziemię i jestem sobą (śmiech).
Dziękuję za rozmowę!