„Teatr jest takim metafizycznym miejscem, gdzie możemy dać upust swoim głęboko skrytym emocjom.”, wywiad z Marcinem Wortmannem

Aktor wielu scen musicalowych w całej Polsce, śpiewak operowy, wokalista jazzowy, skrzypek, pedagog śpiewu.
Jest koordynatorem ds. logistycznych i programowych specjalności musical na UMFC.
Na zawodowej scenie musicalowej od 2000 r. zagrał ponad 4000 spektakli,
Współpracował z Teatrem Muzycznym im. D. Baduszkowej w Gdyni i Teatrem Muzycznym „Capitol” we Wrocławiu.
Od pięciu lat współpracuje z M. Scott, coachem wokalnym The Voice of UK i wieloletnią profesor Royal Academy w Londynie.
Jako śpiewak operowy zadebiutował na scenie kameralnej Teatru Wielkiego – Opery Narodowej jako Bottom w operze Sen nocy letniej B. Brittena (2012), śpiewał też partię Juniusa w operze Brittena Gwałt na Lukrecji (2013). Był konsultantem wokalnym i pedagogiem śpiewu na planie filmu Planeta singli (reż. M. Okorn, 2015) oraz trenerem wokalnym w programie telewizyjnym Hit, hit, hurra! (2016).
Od 2006 r. kierownik muzyczny Warsztatowej Akademii Musicalowej w Warszawie, w której prowadzi zajęcia z emisji głosu oraz z zespołów wokalnych. źródło

Jak zaczęła się Twoja przygoda z musicalem?
Ja, ogólnie rzecz biorąc, miałem być skrzypkiem – grałem jak szalony na skrzypcach, po 8 – 9 godzin dziennie. To była moja pasja, miłość. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Andrzej Ozga, który był tłumaczem „Miss Saigon” i „Grease”. powiedział, że widział mnie na konkursie w Piasecznie, gdzie razem z moim zespołem z Radomia wykonywałem poezję śpiewaną. Poinformował mnie o castingu do „Miss Saigon” i zapytał, czy chciałbym wziąć w nim udział. Odpowiedziałem, że nie, bo ja jestem skrzypkiem i będę grał na skrzypcach.
Złożyłem dokumenty na studia, niestety nie dostałem się do Akademii Muzycznej w Krakowie, zabrało mi 0,5 punktu. Wtedy zadzwoniłem do mojej znajomej z Radomia, ona z kolei zadzwoniła do Maćka Pawłowskiego, a on zaprosił mnie na dodatkowe przesłuchanie do spektaklu „Miss Saigon”. Co ciekawe, w tym samym czasie odbywały się przesłuchania do orkiestry Teatru Muzycznego Roma, więc w nich również stanąłem — jako skrzypek. Śmieszna sytuacja, bo dostałem się do spektaklu i do orkiestry, jako dwudziestolatek. Pamiętam, jakby to było wczoraj – spotkanie z dyrektorem Wojciechem Kępczyńskim, ze świetnym skrzypkiem Wojtkiem Hartmanem i z Maćkiem Pawłowskim. Oni zadecydowali, że jednak będę na scenie. Tak się zaczęło, „Miss Saigon” był moim pierwszym musicalem.

Wolisz śpiew klasyczny czy śpiew musicalowy?
To wszystko zależy od tego, co i gdzie się śpiewa. Wychowałem się na muzyce klasycznej i jest częścią mojego życia. Co wolę? Kocham jedno i drugie. Teraz akurat śpiewam musical i to od musicalu moja przygoda wokalna się zaczęła. Potem poszedłem w stronę klasyki i ona dała mi narzędzia do tego, żebym dalej mógł śpiewać musical.
Na wypadek, gdybym chciał się przełączyć na śpiew klasyczny, mam ku temu środki, które zdobyłem podczas studiów. Aktualnie śpiewam musical, więc co wolę? (śmiech). W tym momencie wolę śpiewać musical, bo go śpiewam, ale kiedy dostanę zadanie wymagające śpiewu klasycznego, to będę śpiewał klasycznie.

Jak wspominasz pracę przy musicalach na dużej scenie Teatru Muzycznego Roma? Grałeś tam 18 lat.
Wspominam bardzo dobrze, dużo się tam nauczyłem od moich kolegów, z którymi spotykam się na wielu scenach w całym kraju, więc mam miłe wspomnienia. Wiadomo, że miejsce tworzą ludzie i to jest najważniejsze.

Wyobraź sobie, że tworzysz własny musical. Na co szczególnie zwróciłbyś uwagę przy jego tworzeniu?
Na historię, której będzie dotyczył, bo historia definiuje wszystko, potem poprzez kompozycję muzyki, kostiumów. Historia stanowi punkt wyjścia. Każda produkcja jest oparta na scenariuszu i jeżeli scenariusz będzie błahy, to moim zdaniem nie da się zrobić nic dobrego. Głównie to jest zależne od scenariusza, dobrej historii, która będzie podstawą musicalu.

Jak już wspomniałeś na początku – oprócz śpiewania grasz na skrzypcach. Co było pierwsze – śpiew czy skrzypce?
Śpiewanie (śmiech) – pamiętam swój pierwszy występ, miałem wtedy 5 lat. Na skrzypcach zacząłem grać mając 6 lat.

Jaka muzyka gra w twojej duszy?
Każda wartościowa, taka, która wzbogaca odbiorcę. Disco polo nie jest taką muzyką. Ja słucham bardzo różnej muzyki. W każdej muzyce, która jest wartościowa, można znaleźć coś dla siebie i wtedy z tej muzyki trzeba czerpać jak najwięcej.

W spektaklu „Rock of Ages” granym w Teatrze Syrena wcielasz się w rolę Stacee’go Jaxxa. Jaki on jest? Pogubiony czy szukający miłości?
Myślę, że w pewnym momencie szuka akceptacji tego jaki jest, jak każda gwiazda. Porównam to do życia Whitney Houston, ona była gwiazdą i mimo tego, że wokół niej było mnóstwo ludzi, ona była samotna. Myślę, że taki też jest Stacee Jaxx. On nie szuka miłości, bo w pewnym momencie tej miłości – mam tu na myśli miłość fizyczną, nie metafizyczną – zaznał aż tyle, że każdą okazję do tego, żeby iść w tę miłość fizyczną wykorzystuje, niekoniecznie wiążąc to z jakimikolwiek uczuciami. 
Na końcu, gdy wychodzi do utworu „Tam gdzie róża, tam cierń”, śpiewa: „ocalić mogłem jeszcze wtedy band, choć raz nie stawiać się, dzisiaj w strony świata przeciwne brniemy już dwie”. Widzimy tu, że jednak czuł, że ci kolesie, z którymi grał bardzo długi czas, byli dla niego przyjaciółmi, a teraz już nie są przez to, że rozpoczął solową karierę. I wtedy jest pogubiony.

Z jakim widzem lubisz się spotykać: z dorosłym czy z dzieckiem?
To zależy przy jakim spektaklu.

Na przykład „Madagaskar” w Teatrze Muzycznym w Łodzi albo „Przypadki Robinsona Crusoe” w Teatrze Muzycznym Roma. Czy to są dwa różne od siebie spektakle?
To są spektakle familijne i oba są świetne. Jednak percepcja dorosłego człowieka i dziecka jest zupełnie inna. Z innych żartów śmieją się dorośli, z innych żartów śmieją się dzieci, na inne rzeczy zwracają uwagę dorośli, na inne dzieci. Widz jest widzem.
Ja lubię widza myślącego, nie takiego, który będzie się zachwycał każdą sekundą przedstawienia i będzie bił brawo po każdym utworze. Będę zachwycony, jeżeli widz wyjdzie z teatru i powie, że spektakl wywarł na nim dobre wrażenie i że go ubogacił.

Zagrałeś w swoim życiu dużą liczbę spektakli, czy jest jakaś rola, z którą się utożsamiasz oraz czy z jakąś postacią wiążesz najlepsze wspomnienia?
Dokładnie 23 tytuły, ponad 4000 zagranych spektakli w swoim życiu.
Na każdym etapie cieszę się, że te role się pojawiają – to jest najważniejsze. Ja wyszedłem z zespołu. Jednak na pewnym etapie rozwoju granie tylko i wyłącznie w zespole wokalnym nie rozwija, a rola, z którą się wreszcie konfrontujesz, jest wtedy dla aktora wyzwaniem. 
Mając 25 lat grałem Alfreda w „Tańcu Wampirów” w reżyserii Romana Polańskiego, wtedy się bardzo utożsamiałem z tą rolą. Później utożsamiałem się z Mariusem Pontmercym w „Les Miserables”. On był romantykiem, a gdzieś tam w głębi duszy ja też jestem romantykiem. Ostatnio duży wpływ wywarła na mnie rola Paszy Antipova (Strelnikov) w „Doktorze Żywago”. Ta postać była dla mnie bardzo ciekawa, poniekąd mogłem się utożsamić z tą osobą.
Każdą rolę trzeba poczuć odśrodkowo, to jest ważne, żeby zbudować w sobie prawdziwość późniejszego przekazu – przy pomocy nut, czy tekstu. 
Ze Staceem Jacxxem się nie utożsamiam (śmiech), chociaż jak miałem 20 parę lat, to jeździłem z kolegami na koncerty rockowe i zawzięcie słuchałem rocka. Dodatkowo mam to w genach, bo urodziłem się w Jarocinie – stolicy polskiego rocka lat 80. Ale mimo to nie utożsamiam się z nim (śmiech).

Jak wyglądała praca nad postacią Mariusa w “Les Miserables”? Wzorowałeś się na czymś czy stworzyłeś ją sam zupełnie od podstaw?
Mogę powiedzieć, że Marius pojawił się w moim życiu w dwóch odsłonach. Jedną z nich była nieświadoma niczego odsłona, którą grałem w Teatrze Muzycznym Roma. Pracowaliśmy nad rolą podczas prób do spektaklu, ale wtedy bardziej byłem skupiony nie na roli Mariusa, tylko na moich zadaniach. Przed moją premierą miałem mieć tydzień prób, a wszedłem po dwóch próbach jako trzecia obsada. Stało się tak dlatego, że Rafał Drozd zachorował i trzeba było zrobić szybki backup, więc to było bardzo szybkie wejście dla mnie. 
Drugą odsłoną Mariusa jest ta, którą gram w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Myślę, że to jest odsłona, do której dojrzałem. Przez te kilka lat nie grania tego spektaklu wszystko sobie przemyślałem. Dojrzałem do zagrania Mariusa w sposób, w jaki chciałbym go pokazać. Teraz pokazuję przemianę Mariusa jako nieświadomego studenta, który staje się mężczyzną i zdaje sobie sprawę z tego, co się stało, po śmierci jego przyjaciół. Oni giną na barykadzie, on jedyny został ocalony. Mogę tę postać poprowadzić właśnie w sposób, w jaki teraz ja chcę, to nie jest odtwórcze. Nie ukrywam, że granie przeze mnie Mariusa w Romie było odtwórcze, wykonywałem zadania. Z tyłu głowy nie miałem tej dojrzałości, którą mam teraz i która pozwala mi na właściwe poprowadzenie roli.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Na pewno jest oderwaniem się od rzeczywistości, miejscem, w którym możemy zrobić coś, czego byśmy w normalnym życiu na pewno nie zrobili. Jest miejscem, gdzie mogę spotkać wielu wartościowych ludzi i móc się od nich nauczyć czegoś na każdym etapie mojego życia. Jest też sposobem na życie (śmiech), nie ukrywajmy, bo to jest moja praca. Teatr jest takim metafizycznym miejscem, gdzie możemy dać upust swoim głęboko skrytym emocjom. 

Musicalowe marzenie, wymarzona rola?
Jakiś czas temu myślałem nad tym, ale moje marzenie jest nierealne, bo w Polsce tego nie zrobią. Mam dwie wymarzone role. Chciałbym zagrać Rudolfa w „Rudolfie”. Patrząc teraz na to w jakim jestem wieku, co potrafię. Nie ukrywajmy, że w musicalu trzeba pasować do roli, to jest szalenie ważna rzecz. W przyszłości chyba bym chciał zagrać Sweeney Todda w „Sweeney Todd and the String of Pearls”, bo Stephen Sondheim jest tematem mojej pracy doktorskiej, którą kończę i dla mnie on jest mistrzem i kompozytorem kompletnym. Sweeney Todd i Rudolf to moje największe marzenia musicalowe, ale nie wiem czy któreś się spełni.
A poza tym, chciałbym zagrać jeszcze rolę Huey’a Calhouna, ponieważ soul and rythm’n’blues grają też w moim serduchu.

Dziękuję za rozmowę!

Dodaj komentarz