„Inspirują mnie przede wszystkim ludzie”, Filip Cembala w wywiadzie dla Teatralnej.

Przyznam szczerze, że już od dawna chciałam przeprowadzić wywiad z Filipem Cembalą… no i się udało. Zdążyliśmy porozmawiać jeszcze przed ogłoszeniem pandemii, było to bardzo owocne spotkanie – owoc w postaci wywiadu znajdziecie poniżej.

Jako ciekawostkę dodam, że Filip już niebawem wyda swój autorski tryptyk muzyczny, a jeśli ktoś miałby ochotę to można pomóc w realizacji Filipowego marzenia:) Zrzutka.pl

Garść informacji o rozmówcy:
Aktor, wokalista, absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Estradowej oraz Studium Wokalno-Aktorskiego im. Baduszkowej w Gdyni.
Pracuje na deskach takich teatrów jak Teatr Muzyczny w Gdyni, Teatr Syrena w Warszawie czy Teatr Muzyczny w Poznaniu. Od 2011 roku jest aktorem Teatru Polskiego w Szczecinie. W 2012 wyreżyserował widowisko słowno-muzyczne pt. „Waśnie tysiąca i jednej nocy”.
W mijającym sezonie zasłynął rolą Lonny’ego w spektaklu „Rock of Ages” w Teatrze Syrena. Występuje w serialach, dubbinguje, a jego hasztag #lowizm to hit Instagramu. Źródło

Fot. Monika Szałek

Jak zaczęła się Twoja przygoda z teatrem?
Bardzo wcześnie, bo już gdy miałem kilka lat, rodzice wozili mnie do Domu Kultury „Włókniarzy” w Bielsku-Białej. Tam zaczęła się moja przygoda z tańcem, która dała początek mojej fascynacji teatrem. Parę lat później, czyli ciągle będąc we wczesno-nastoletnich latach, zacząłem uczęszczać do nowo powstałego Domu Kultury w Buczkowicach – mojej wiosce – który współtworzyłem od samego początku z ówczesną panią dyrektor – Iwoną Kusak. Ona prowadziła pierwsze zajęcia teatralne, które rozpoczęły ten rozdział w moim życiu.
Natomiast z zawodowym teatrem zetknąłem się po raz pierwszy w 2005 roku, kiedy zdałem do Państwowego Policealnego Studium Wokalno-Aktorskiego im. D. Baduszkowej. Wtedy zacząłem stawiać pierwsze kroki na deskach profesjonalnego teatru, grając w epizodach.

Czym jest dla Ciebie teatr?
Staram się, żeby teatr był tylko i wyłącznie moją pracą. Zależy mi na równowadze pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Uważam, że zachowując w życiu tę równowagę jestem w stanie najuczciwiej i najzdrowiej uprawiać zawód aktora. Teatr to miejsce, w którym pracuję, ale dla mnie jest też rodzajem świątyni, gdzie mogę czasami odetchnąć, zapomnieć o tym, co mnie boli na zewnątrz i stać się kimś innym. Jest miejscem, bez którego nie wyobrażam sobie życia.

Fot. Monika Szałek
Fot. Monika Szałek

„Teatr to aktywna refleksja nad samym sobą”. Co sądzisz o takim stwierdzeniu?
Nie wiem, czy się pod tym podpisuję… Dla mnie ta aktywna refleksja nad samym sobą powinna mieć miejsce w moim życiu prywatnym, o którym w teatrze muszę zapomnieć, na rzecz oddania się kreowanej postaci. Aktywna refleksja nad samym sobą odbywa się na co dzień, natomiast teatr jest miejscem, które bardzo mnie ze sobą konfrontuje w wielu innych aspektach.

Skąd czerpiesz inspirację do tworzenia postaci?
Zewsząd. Inspirują mnie przede wszystkim ludzie i to nie jest oryginalna odpowiedź, bo myślę, że wszyscy się sobą nawzajem inspirujemy. Nie jest tajemnicą, że najciekawsze role, jakie przychodzi nam zagrać, to te, które są gdzieś daleko od nas, od naszego sposobu bycia i naszej osobowości. W takiej sytuacji nie znamy wszystkich środków, których warto użyć. Wtedy się inspiruję. Gdzieś tam w głowie znajduję kogoś, kogo znam i wtedy myślę sobie: „o! To będzie ten człowiek, którego rys osobowości będzie mi bliski”. Działam też bardzo intuicyjnie, przepuszczam te postaci przez siebie. Jest to więc kompromis intuicji i obserwacji innych ludzi.

Musical czy dramat? Obie formy?
Zdecydowanie obie formy. Uważam, i od siebie tego wymagam, że zagranie dobrego musicalu oznacza maksymalne wykorzystanie umiejętności dramatycznych połączone ze świetnym zaśpiewaniem i zatańczeniem – trzeba być w doskonałej formie.
Jestem człowiekiem uzależnionym od musicali na West Endzie, tam nie sposób rozróżnić, kto jest świetnie śpiewającym tancerzem, a kto świetnie grającym wokalistą. Tam się trening traktuje bardzo kompleksowo i uniwersalnie.
Teatr dramatyczny odegrał w moim życiu ogromną rolę i na pewno to, jakim aktorem jestem dzisiaj, w dużej mierze zawdzięczam temu treningowi w teatrze dramatycznym. Natomiast musical jest formą jeszcze bardziej zaawansowaną, wymagającą od nas świetnego warsztatu dramatycznego, a do tego śpiewu i tańca. Więc na pewno nie wybiorę, ponieważ obie te formy są mi bardzo bliskie, nie chciałbym musieć nigdy z żadnej z nich rezygnować.

Fot. Przemysław Burda

Co jest według Ciebie istotą w zawodzie aktora?
Uczciwość względem siebie, postaci, którą gramy i względem widza.

Teatralne marzenie, wymarzona rola?
Nie mam konkretnej roli. Kocham musical „Memphis”, jednak nie sądzę, żeby dotarł on kiedyś do Polski. Ale jeśli dotrze, to tam jest moja wymarzona musicalowa rola. Natomiast jeśli chodzi o teatr dramatyczny, to nie mam określonej roli, mam za to określone marzenia, np. reżyserskie – z kim chciałbym współpracować. Byliby to na pewno Michał Walczak i Michał Siegoczyński – to są współcześni twórcy teatru dramatycznego, którzy tworzą teatr dzisiejszy, współczesny, angażujący się we współczesną rzeczywistość.
Marzy mi się, żeby w tym roku popracować z kobietą reżyserką, bo nigdy nie miałem takiej przyjemności, to jest moje marzenie.

27 spektakli w Teatrze Polskim w Szczecinie, który z nich jest dla Ciebie najlepszym wspomnieniem?

Nigdy ich nie liczyłem i nie wiedziałem, że jest ich tyle.

Na pewno spektaklem, który był dla mnie bardzo ważny, był „Bal manekinów”. Tam miałem dopisaną rolę rapującego narratora – rapowałem 7 lub 8 bardzo ważnych monologów napisanych przez świetnego, ultra współczesnego poetę, czyli rapera Łonę. To było moje pierwsze spotkanie z nim i uważam je za absolutnie magiczne. Jako człowiek oczarował mnie swoją prostolinijnością, ogromną inteligencją i erudycją. Z tego, co pamiętam, jest doktorem prawa. Uważam to spotkanie teatralne za bardzo ważne.

Moim ukochanym spektaklem przez te wszystkie lata pozostaje spektakl “Curikow” w reżyserii Irka Janiszewskiego. To był współczesny rosyjski dramat i to jest mój ukochany nurt, jeśli chodzi o współczesny teatr dramatyczny.

W Teatrze Polskim w Szczecinie zagraliśmy mnóstwo spektakli i kabaretów, więc trudno mi wybrać, ale te dwa – “Bal manekinów” i “Curikow”, są zdecydowanie moimi ulubionymi.

„Rent” w Operze na Zamku w Szczecinie. Otrzymałeś nagrodę za debiut roku. Jaka była Twoja postać? Wzorowałeś się na filmie czy stworzyłeś swojego bohatera na nowo?

W ogóle nie wzorowałem się na filmie. To jest mój ukochany musical, moje najpiękniejsze wspomnienie. Jakby ktoś dzisiaj do mnie zadzwonił i powiedział: “Za 3 dni grasz tę rolę”, nie zasnąłbym na sekundę – przypomniałbym sobie wszystko i z największą ochotą i radością wskoczył w te buty po raz kolejny.

Nie inspirowałem się właściwie żadnym filmem, żadnym aktorem — bardzo tego unikam. Kiedy 12 lat temu dziennikarze pytali mnie, czy trudno jest grać kobietę, czy też drag queen, pamiętam, że wtedy odpowiadałem jedno: “Ja nie gram drag queen, ja gram dobrego człowieka”. To stanowiło dla mnie sedno tej postaci, kochałem ją grać i zawsze było to dla mnie ogromne święto.

Trudno mi powiedzieć, jak pracowałem nad tą rolą. Tam się złożyło bardzo wiele czynników, podobnie jak teraz, po latach, przy “Rock of Ages”. Spotkał się fantastyczny czynnik ludzki: fantastyczni ludzie — przyjaciele artyści, super reżyser, wspaniali choreografowie. Rola, którą gram jest moją wymarzoną, ukochaną. Kiedy łączy się tyle czynników, to po prostu nie może się nie udać.

Pozostając w temacie musicali i wspomnianego przez Ciebie „Rock of Ages” w Teatrze Syrena – jak postrzegasz ten spektakl? Czy grając ten tytuł mocno trzymasz się scenariusza, czy może to, co widzimy na scenie, to improwizacja?

Myślę sobie, że fakt, że tak wielu ludzi pyta mnie o improwizację, jest ogromnym sukcesem reżysera i naszym. My się bardzo trzymamy scenariusza, natomiast jest jedna scena, w której ja mogę sobie odpiąć wrotki i trochę poimprowizować, uwielbiam ten moment.

Granie „Rock of Ages” to dla mnie absolutne święto, mógłbym grać ten tytuł codziennie. Sprawia mi to ogromną radość, bo co wieczór jest odrobinę inny, pomimo że trzymamy się wszystkich założeń zawartych w scenariuszu. Kocham grać w każdej konfiguracji obsadowej. To pokazuje mi, że największym świętem dla mnie — zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym — jest spotkanie z ludźmi, którzy mnie inspirują, wzajemnie się szanują, nie muszą leczyć swoich kompleksów. Do tego dochodzi atmosfera, jaka wytworzyła się w naszej pracy. To wszystko sprawia, że tak bardzo kocham grać ten spektakl.

Fot. Klaudyna Schubert
Fot. Klaudyna Schubert

Czy trudno jest grać Lonny’ego? Widzowi wydaje się, że zarówno Ty jak i Przemek Glapiński doskonale bawicie się tą postacią.

Jest to postać troszeczkę przypominająca mi Angel – bohaterkę, którą grałem w musicalu “Rent”. To są takie charaktery, które są napisane bardzo spektakularnie, ale na bardzo cienkiej granicy, którą bardzo łatwo przekroczyć i stać się wtedy parodią samego siebie. W takim przypadku postać mogłaby się stać groteskowa i nie do wytrzymania.

Myślę, że ja i Przemek znaleźliśmy sobie zupełnie inne klucze do tej postaci. W życiu jesteśmy zupełnie różni od siebie. Bardzo go szanuję zawodowo, jednak każdy przeprowadził Lonny’ego przez siebie. Wyszły nam więc dwie diametralnie różne od siebie postacie, natomiast założenia pozostają zachowane. Nie chciałbym się tutaj wypowiadać, czy Lonny jest łatwy, czy trudny do grania, bo to zawsze jest ogromne wyzwanie. W samym prologu mam do powiedzenia 7 monologów, zatańczenie, zaśpiewanie itd., więc jest to postać wymagająca wysiłku, natomiast ja ją kocham. Jej temperament jest bliski mojemu, więc mogę się tam wyżyć i to jest ogromne szczęście dla mnie, że mogę ją grać.

Gdybyś miał wybór zostać aktorem stricte filmowym albo stricte teatralnym, co byś wybrał i dlaczego?

Absolutnie nie chcę wybierać. Moim planem jest być aktorem wszechstronnym: grającym w teatrze dramatycznym, teatrze muzycznym, w filmie, w serialu. Oraz wokalistą, który nagrywa płyty.

Jestem w takim momencie swojego życia, że czuję na to ogromną gotowość, nie chcę wybierać. Kiedyś wbijałem sobie do głowy, że muszę wybrać, bo pokutuje takie powiedzenie: „jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”, ale ja nie chcę w sobie niczego uspokajać. Ciągnie mnie w różne kierunki – z takiej uczciwości względem siebie i swoich marzeń. Uważam, że jestem sobie winny spróbowania tego wszystkiego i absolutnie chcę w ten sposób prowadzić swoje życie zawodowe. Po to przeprowadziłem się do Warszawy, żeby nie rezygnować z niczego. Ostatnio zacząłem swoją przygodę z dubbingiem, który też kocham, więc dzisiaj jestem gotowy na to, żeby spróbować każdej sceny, każdego filmu, serialu. Bardzo jestem tego ciekawy i cieszy mnie myśl, że będę to robić bardzo długo.

Odbiegając od tematu teatru i aktorstwa. Skąd pomysł na słynny na Instagramie #lowizm?

To jest stara historia. Kiedyś zdarzyło mi się przeczytać komentarze pod pewną ważną dla mnie akcją na Facebooku i zobaczyłem, jaka ilość hejtu tam się wylewa. Wydawało mi się, że hejter to ktoś, kto się kryje pod fikcyjnym kontem bez nazwiska i imienia, pokazuje nie swoje zdjęcie itd., ale okazało się wtedy, że być hejterem i pisać straszne rzeczy może też pani, która jest babcią i ma zdjęcie ze swoim wnuczkiem. To, jak ludzie są bezkarni w Internecie, jak straszne rzeczy mówią i z jaką łatwością wypowiadają się na temat innych ludzi, pokonało mnie wtedy na kilka dni. Zobaczyłem też komentarz mojej znajomej, której absolutnie nigdy nie podejrzewałem o bycie tak zaściankowo myślącą osobą.

Wtedy na Instagramie byłem już przedstawicielem stworzonego przez siebie nurtu #nieznanizm i wymyślałem różne inne słowa kończące się na “-izm”, i pomyślałem, że skoro “znanizm”, czyli ludzie znani, mają swój hejt, to “nieznanizm” będzie miał swój “lowizm”. Dzisiaj postrzegam to w ten sposób, że ani ludzie znani, ani nieznani – nikt nie zasługuje na nienawiść czy na surową ocenę.

Chciałbym w przyszłości rozszerzyć #lowizm – wyciągnąć go z Internetu i stworzyć fundację, która będzie się tak nazywała. Celem będzie pomoc wszystkim ludziom, którzy borykają się z nienawiścią, surową oceną, wykluczeniem.

Bardzo mnie bolą rzeczy, które dzieją się dzisiaj na świecie i boli mnie to, że Polska jest na 2. miejscu, jeżeli chodzi o liczbę samobójstw dzieci i młodzieży. Wy, młodzi ludzie, macie o wiele trudniej niż ja, jeszcze 10 lat temu, będąc w waszym wieku i martwi mnie kierunek, w jakim to wszystko zmierza. Dlatego apeluję do świata, żebyśmy się kochali, wysyłali do siebie bardzo dużo dobrej energii, żebyśmy byli wyrozumiali i żebyśmy o wiele częściej się doceniali, niż oceniali. Chciałbym, żeby ten lowizm był moim sztandarem i żeby ludzie do tego dołączali.

Fot. Monika Szałek

Czego chciałbyś sobie życzyć na dalsze życie?

Bardzo chciałbym, żeby działo się tak dobrze, jak się dzieje, żeby wszyscy moi bliscy, przyjaciele byli zdrowi, żebyśmy wszyscy byli zdrowi. Moje życie prywatne jest fantastyczne i bardzo o nie dbam, chronię je i chciałbym, żeby było tak, jak jest.

W życiu zawodowym życzę sobie bardzo wielu nowych, inspirujących wyzwań. Przede wszystkim życzę sobie spotkania na swojej zawodowej drodze tylko ludzi wartościowych, którzy pracują tak, jak choćby Jacek Mikołajczyk – wzmacniających pozytywną motywacją. Wtedy wiem, że jestem w stanie rozwinąć skrzydła na 300% i zaproponować realizacji wszystko, co mam w sobie najpiękniejsze. Na koniec życzę sobie, żebym z każdym dniem jeszcze bardziej potrafił doceniać to, co mam, bo mam bardzo dużo i w życiu prywatnym, i zawodowym. Chciałbym przypominać sobie o tym codziennie i być za to bardzo wdzięcznym, bo ta wdzięczność zawsze mnie uskrzydla.

Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję bardzo i bardzo ci gratuluję tej pięknej inicjatywy, jakiej się podejmujesz! Cieszę się, bo myślę sobie, że to jest też bardzo ważne dla twoich rówieśników. Nawet jeżeli namówisz jedną czy dwie osoby swoją działalnością do tego, żeby przyszły do teatru, to już będzie twój ogromny sukces. Także bardzo ci tego gratuluję, trzymam kciuki i wspieram!

Dziękuję!

Dodaj komentarz