Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy zdecydował się sięgnąć po tragedię autorstwa Williama Shakespeare’a. Król Lear, władca Brytanii, abdykuje i dzieli królestwo pomiędzy dwie córki, zaś trzecią – najmłodszą – wydziedzicza. Mroczna tragedia Shakespeare’a sprzed kilkuset lat zostaje przeniesiona przez reżysera, Wawrzyńca Kostrzewskiego, w nieokreśloną przyszłość. Świat, w którym wciąż ścierają się skonfliktowane pokolenia, a sięganie po władze łamie wszelkie dylematy moralne, rozpada się stopniowo na naszych oczach.
Spektakl jest mroczny, można to odczuć już w momencie wejścia na widownię. Pogaszone światła potęgują przytłaczający nastrój. Kostiumy autorstwa Anny Adamek to współczesne stroje adekwatne do wizji reżyserskiej.
Panuje półmrok. Pozytywne wrażenie zrobił na mnie wystrój sceny. Scenografia, która ogranicza się do schodów, podestu oraz dwóch stołów – wszystko metalowe, by bardziej zobrazować ciężar tego spektaklu.
Zakończenie spektaklu jest ogromnym zaskoczeniem. Przepraszam, za spojler, ale widok zrzucanych na scenę czarnych worów z poległymi podczas przebiegu akcji, wbija w fotel.
To dopiero moja druga wizyta w Teatrze Dramatycznym, ale jestem pod ogromnym wrażeniem talentu aktorów. Wyszłam ze spektaklu przerażona, ale to przerażenie zostało wywołane przez grę aktorską, artystów biorących udział w tej tragedii. Siedząc na balkonie, przez pierwszych kilka scen miałam wątpliwość kto gra tytułowego bohatera. W roli popadającego w obłęd władcy, którego pycha prowadzi do destrukcji, wcieliła się p. Halina Łabonarska.
Myślę, że „Król Lear” to spektakl dla widzów o mocnych nerwach, aczkolwiek cieszę się, że miałam okazję go zobaczyć.
Bilety na lipcowe spektakle: https://bilety.teatrdramatyczny.pl/rezerwacja/termin.html?id=593