Dlaczego tak często chodzę na „Waitress”?

Dlaczego tak często chodzę na „Waitress”? Dobre pytanie. Przyczyn jest kilka.

Powód nr 1 – Bardzo aktualny temat- pozycja kobiety w społeczeństwie. Na scenie wraz z Jenną Hunterson na czele pojawiają się Dawn i Becky, wszystkie są kobietami doświadczonymi przez życie i próbują jakoś dalej wiązać koniec z końcem. Nie jest im łatwo, jednak pogodzone ze swym losem powtarzają swoją codzienną rutynę, większość czasu spędzając w pracy. Każda z nich dźwiga na plecach ciężki życiowy bagaż.

Jenna tkwi w toksycznym małżeństwie, jest poniżana i wykorzystywana przez własnego męża. Wiadomość o nieplanowanej ciąży wywraca jej życie do góry nogami. Udaje jej się „upiec” nową przyszłość.
Dawn to singielka, która jest introwertyczką, marzącą o znalezieniu swojej drugiej połówki.
Becky, najstarsza z trójki przyjaciółek. Co dzień musi zajmować się swoim niepełnosprawnym mężem.

000_3923-scaled
fot. Karol Mańk.

Podczas spektaklu pojawiają się jeszcze dwie epizodyczne postaci:
Pielęgniarka Norma – niewiele o niej wiemy, ale po jej zachowaniu można wywnioskować, że ma silny charakter i nie da sobie „w kaszę dmuchać”.
Francine Pomatter – o tej bohaterce jest bardzo mało informacji. Żyje w szczęśliwym małżeństwie, patrzy na męża z oddaniem i nadzieją. Można wnioskować, ze jest spełniona i niczego jej nie brakuje, jednak podczas spektaklu łatwo wywnioskować, że z perspektywy Jima Pomattera jest inaczej.

Powód nr 2 – Muzyka. Fenomenalne utwory, które wpadają w ucho. Pomimo przewijających się różnych gatunków, została zachowana harmonia i muzyczny porządek. Po pewnym czasie, zdałam sobie sprawę, że muzyka pomaga zrozumieć emocje ze sceny. Co więcej, według mnie ona wpływa na to, że odbiór tych emocji jest mocniejszy. 

Powód nr 3 – Teksty piosenek Można by powiedzieć, że teksty piosenek do „Waitress” pisało życie. Treść słowna utworów jest zbudowana na doświadczeniach życiowych głównych bohaterek. Ale nie tylko. Poprzez wyśpiewanie piosenki dowiadujemy się początku romansu Jenny i Pomattera. Utwory to wyśpiewane na głos myśli, które siedzą w głowach bohaterów i w momencie kiedy (te myśli) wybrzmiewają, to wybrzmiewają z takim przekazem (czasami ultra silnym).

Powód nr 4 – Obsada. Wielokrotnie dzieliłam się swoimi zachwytami, nadal będę to robić, ponieważ uważam, że Artyści obsadzeni w polskiej wersji są genialni w tym co pokazują na scenie. Każdy z nich, każda z postaci, poprzez pojawienie się na scenie wnosi coś do spektaklu.  Chciałabym wyróżnić kilka osób, które za każdym razem grają na najwyższym poziomie i są absolutnymi profesjonalistami:

Zofia Nowakowska – jako Jenna. Uwielbiam oglądać „Waitress” z jej udziałem. Jenna jest pełna prawdy oraz autentyczności. Emocje, które przeżywa jej bohaterka udzielają się widzom w 100%. Zosia jest takim diamentem, który błyszczy nawet, gdy gra w zespole. Natomiast gdy gra Jennę jest czystym złotem. Śpiewane przez nią „She used to be mine” oraz sceny z Joe – szczególnie „Take it from the old man” – to najpiękniejsze momenty tego spektaklu.

Sylwia Różycka – jako Becky. Kreowana przez nią postać jest momentami bezczelna; zachowuje subtelność; potrafi doradzić i jest dosadnie bezpośrednia w wyrażaniu tego, co myśli. Pod kątem wokalnym postać zbudowana wyśmienicie, a song „I didn’t plan it” w wykonaniu Sylwii, za każdym razem powoduje ciarki na moich plecach .

Izabela Bujniewicz – jako Norma. Postać, która pojawia się w zaledwie kilku momentach spektaklu, ale publika uwielbia ją od samego początku – pielęgniarka Norma. Bardzo lubię jej sarkastyczne podejście do Doktora Pomattera.

Wiktor Korzeniowski – jako Spox (spokoloko32). Kapitalnie zbudowana rola, niesamowite jest to, że Wiktor co spektakl niepostrzeżenie dorzuca coś do swojego bohatera. W momencie, kiedy Spox spotyka Dawn w Tartowni, już wiadomo, że coś będzie na rzeczy. Nieco natarczywy i stawiający na swoim Spox, za wszelką cenę próbuje ponownie umówić się z Dawn.
Uwielbiam oglądać na scenie Anastazję Simińską z wyżej wspomnianym Spoxem. Widać, że aktorzy dobrze się czują grając ze sobą. Jedno dopełnia grę drugiemu i powstaje fenomenalny efekt końcowy.

Wojciech Paszkowski – jako Joe. Oschły i niezbyt ciepły w rozmowie z Jenną. Dopiero z biegiem czasu okazuje swoją sympatię do głównej. Śpiewany przez Joe’go w drugim akcie utwór “Z doświadczenia wiem to”, p. Paszkowski śpiewa go w tak perfekcyjnie, że ilekroć oglądam „Waitress” to ta scena wywołuje u mnie wzruszenie.

Paweł Mielewczyk – jako Earl. Postrzega Jennę jako swoją własność, jedyną „rzecz, którą kiedykolwiek kochał, jedyną osobę, która kiedykolwiek należała do niego”. Zmusza swoją żonę do oddawania mu wszystkich, ciężko zarobionych pieniędzy.Paweł odgrywa swoją rolę naprawdę znakomicie, gra zaborczego i zapatrzonego w siebie gościa, ale przy tym robi to naprawdę wiarygodnie i dobrze.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Powód nr 5 – Fabuła spektaklu. Historia dobra na obecne czasy, szczególnie w naszym kraju… „Waitress” to spektakl o sile jaka jest w kobiecie. Pokazuje moc przyjaźni. Pokazuje, ze życie nie jest cukierkowe i kolorowe, a trudne i gorzkie. Zawarta w spektaklu prawda i autentyczność. Zastanawiam się, czy ten tytuł się obroni, ponieważ polska publiczność musicalowa jest przyzwyczajona do spektakularnego widowiska, w którym dużo się dzieje, a wątek „love story” stanowi motyw przewodni spektakli. Z „Waitress” jest z gola inaczej, jak już wspomniałam, widz ma do czynienia z historią z życia codziennego. Uważam, że obsada wykonuje na scenie kawał dobrej roboty (kolokwialnie mówiąc). Ja miałam okazje widzieć co spektakl tę samą historie, ale inaczej przekazane np.: emocje. Każda osoba pojawiająca się na scenie, wnosi coś unikatowego i jednorazowo- niepowtarzalnego do spektaklu. Za to uwielbiam teatr. Odeszłam od tematu, ale moim zdaniem wszystko się ze sobą wiąże i składa w spójną całość.

Dodaj komentarz