Damian Kulec – polski aktor teatralny, telewizyjny i głosowy, a także lektor. W 2008 roku zadebiutował na scenie Teatru Powszechnego w Łodzi jako Franck w spektaklu Plotka w reżyserii Norberta Rakowskiego. Absolwent wydziału aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi.
Dlaczego teatr? Jak zaczęła się Twoja przygoda z teatrem/ aktorstwem?
Absolutnie przypadkowo, co chyba jest jakąś zasadą w tym środowisku. Ja zacząłem, dlatego że w liceum nie miałem chęci do nauki. W szkolnej piwnicy mieliśmy kawiarenkę. W tamtym miejscu spędzaliśmy czas, kiedy zrywaliśmy się lekcji – to było centrum życia kulturalnego w liceum. Tam był mój przyjaciel, który interesował się teatrem i sobie o nim rozmawialiśmy. Zawsze byłem z tych, którzy nie chcieli wchodzić do środowiska teatralnego – ewentualnie film albo reżyseria.
Moja polonistka była bardzo zaprzyjaźniona z Teatrem Powszechnym w Łodzi i łódzkim środowiskiem teatralnym. W pewnym momencie szukali chłopaka do roli syna głównego bohatera w sztuce “Plotka”. Poproszono moją polonistkę o to, żeby wytypowała 5 osób. Znalazły się 4, które chciały, a ja byłem niesubordynowany, więc nauczycielka, chyba żeby mnie zmotywować powiedziała mi, że jak nie pójdę, to dostanę pałę na semestr. Poszedłem, ale mi nie zależało. W castingu również brał udział ten mój przyjaciel i bardzo chciał dostać tę rolę, a ja miałem to głęboko w nosie czy się dostanę, czy nie. Poszedłem na pierwszy ogień, bo jak mówiłem – nie zależało mi, nauczyłem się fragmentu tekstu i okazało się, że dostałem rolę. Potem jak już zacząłem grać, to ta maszyna teatralna mi się spodobała i po jakimś roku grania stwierdziłem, że razem z moim przyjacielem będę się przygotowywał na studia aktorskie. Dostaliśmy się obaj i w tę stronę potoczyło się moje życie. To był absolutny przypadek i była to raczej miłość wtórna do teatru, a nie pierwotna. Teatr zawsze kojarzył mi się z nudą. Filmy były fajne, a teatr był nudny.

Wymarzona rola lub forma teatralna, z którą chciałbyś się zmierzyć?
To jest trudne pytanie, bo chyba nie mam jednej, konkretnej wymarzonej roli. Chciałbym zagrać coś z amerykańskiej literatury – jestem fanem Ameryki i jej kultury i chętnie zagrałbym w czymś, co napisał Cormac McCarthy. Natomiast te wielkie role teatralne, które widziałem kiedyś na deskach, to już ktoś zagrał – mi się to podobało i boję się, że ciągnęłoby mnie do kopiowania tego, co już widziałem. Powoli dojrzewam do tego, że już nie chciałbym grać jak ktoś, tylko czas zacząć się uczyć tego, że ja też mam coś do powiedzenia i chciałbym zrobić coś nowego.
Interesuje mnie amerykańska i brytyjska literatura, to jest dla mnie ciekawe. Interesuje mnie też brytyjskie poczucie humoru. Marzy mi się taki kontent w stylu serialu “The Office”, tylko że on nie jest teatralny. Lubię komedie i lubię komediowe role. Chciałbym jeszcze zagrać kiedyś w farsie – tego pomocnika, tę drugą osobę, która jest zestresowana, bo pali jej się grunt pod nogami i nie wie, co ma zrobić, a przecież musi uratować całą sytuację. Jeżeli chodzi o klasyczne rzeczy, to już trochę zarzuciłem marzenia, bo nie wiem, kto by się podjął zrobienia klasyki bez uwspółcześniania jej na siłę, za czym nie przepadam. Coraz częściej widzę, że używa się tylko klasycznych „literek”, żeby opowiedzieć o sobie, a zdecydowanie wolę pokazywać, że klasyka bywa aktualna sama w sobie – a to się rzadko zdarza w teatrze, który oglądam. Raz mi się zdarzyło zagrać wierszem i fajnie byłoby to powtórzyć, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze w ogóle robi coś takiego – poza Teatrem Polskim w Warszawie.
Nie mam już tego mitycznego Hamleta, zagrałem go na egzaminie w szkole teatralnej. To było super i może faktycznie miło byłoby to powtórzyć tym razem w „prawdziwym teatrze”, ale już mi tak nie zależy. Chyba bardziej niż zagrać Hamleta, chciałbym spotkać reżysera, który by wiedział, co chce powiedzieć, żebyśmy coś wspólnie z tego Hamleta na dziś wyczytali i nie musieli go „poprawiać” i żebyśmy się spotkali gdzieś artystycznie. Nie tyle ważne teraz dla mnie jest to, nad czym pracujemy, a spotkanie z kimś, kogo podobne rzeczy w literaturze interesują i kto ma mi coś do zaoferowania w tym względzie.
Chciałbym kiedyś zagrać monodram, dlatego że coś mnie ciągnie do stand-upu, bezpośredniego zwrotu do widza, łamania czwartej ściany. Niekoniecznie monolog stricte komediowy, a po prostu dobry dramat. Podobno na Broadwayu to się robi popularne.
Wolisz grać w teatrze i zachować kontakt z widzem, czy grać do kamery?
Tutaj wkraczamy na etap mojego odejścia od teatru. Przed dostaniem się do szkoły grałem w teatrze, potem na studiach w szkole – z nazwy – filmowej, będącej szkołą w praktyce teatralną, tych zajęć filmowych było jak na lekarstwo. Później wróciłem do teatru i grałem tam naprawdę sporo, wydawało mi się, że to jest moja droga. W pewnym momencie zaczęło mnie to miejsce uwierać i jak się oglądało kolegów, którzy jeździli grać przed kamerę, to chciało się jak koledzy. Kiedy zacząłem pracować przed kamerą, tak regularnie – to było jakieś dwa lata temu – zorientowałem się, że kamera to jest jednak to. Teatr – spoko, ale pandemia pokazała, że teatr jest pierwszy do „odcięcia”, bo człowiek bez tego przeżyje. Teatru nie było. To też trochę obaliło mi taki mit tego teatru jako najświętszego miejsca. Nagle przez dwa lata nie było tego teatru w życiu, a była kamera. Okazało się, że wcale nie jest tak źle. W teatrze ta rola właściwie nigdy nie jest skończona. Z jednej strony to miłe, bo cały czas można coś poprawiać a z drugiej mnie odrobinę demotywuje. Jak wiem, że zaraz będzie ujęcie i „tak już zostanie” jakoś bardziej się staram. Nie mam wymówki, że „dzisiaj nie poszło ale może jutro zagram lepiej” albo „szkoda, że nie widzieliście mnie wczoraj!”. Kamerę z drugiej strony można odrobinę oszukać, a w teatrze wszystko jest na żywo, warsztat musi pozwalać nam unieść całą rolę, bez montażu i dubla.
Teatr daje możliwość szlifowania tego warsztatu, dlatego nie odcinam się zupełnie i co jakiś czas pojawiam się na scenie.
Jak wspominasz swój debiut teatralny?
Świetnie! To było w 2008 roku i nie pamiętam już dokładnie wszystkiego. Przed moją pierwszą sceną, był fragment Tanga z “Zapachu kobiety”. Strasznie się wtedy stresowałem, bo wiedziałem, że za chwilę muszę wyjść na scenę. W momencie, kiedy muzyka została włączona, to uświadamiałem sobie, że już nie ma odwrotu. Musiałem wyjść na scenę, usiąść na krzesełku i udawać, że gram na perkusji i akcja spektaklu musi pójść dalej. Do tej pory mam tak, że jak słyszę tę muzykę np.: w radio, to przez chwilę mam spięcie – tzw.: odruch Pawłowa – że zaraz będę musiał grać.
Było to stresujące – ponieważ byłem amatorem. Nauczyłem się tekstu, reżyser mnie poprowadził. Z drugiej strony fajne było to, że miałem tam jedną ze swoich kwestii o której wiedziałem, że jest dość zabawna i czasami udawało mi się podać ją w taki sposób, że ludzie się naprawdę śmiali. To mi się spodobało i w pewnym momencie – mimo młodego wieku – zacząłem sobie badać dlaczego tego dnia się zaśmiali, a innego nie było tej reakcji; jaką ja mam władzę nad tym? Na tej jednej kwestii, bo moja rola była raczej marginalna, poczułem namiastkę tego, że aktor prowadzi widza w teatrze – ja coś powiem, wiem, że to jest śmieszne i teraz wy też się z tego pośmiejcie. To pamiętam z pierwszej premiery.
Co stanowi istotę aktorstwa? Jaki według Ciebie powinien być dobry aktor?
Moje myślenie o aktorstwie zmieniało się na przestrzeni lat. Kiedyś mi się wydawało, że aktor to ktoś taki, co to skończył szkołę, nauczył się tych wszystkich fajnych, warsztatowych rzeczy i on to umie, zna się na teatrze. Im dłużej trwam w tym aktorstwie, tym bardziej dochodzę do wniosku, że – jak to ma miejsce na zachodzie, charyzma/ osobowość, a ja to nazywam „przekładalnym na postać poczuciem humoru” ma większe znaczenie niż suchy warsztat. Każdy ma jakieś poczucie humoru i ono świadczy o pewnych procesach myślowych, (kojarzenia – ktoś coś powie, zareaguje i stworzy się z tego żart). Z aktorstwem też tak trochę jest, tzn., każdy człowiek trochę inaczej bodźce przyjmuje, przetwarza i wydaje. Dla mnie fajne aktorstwo jest wtedy, jak ktoś nie wstydzi się tego, jak on reaguje na te bodźce – jego sposób myślenia przekładany na tekst w scenariuszu, (tutaj się kłania warsztat, ponieważ trzeba jakoś przeczytać te emocje z tekstu). Żeby wypowiadać się tak naprawdę, tylko innymi słowami (słowami postaci). Na dzisiaj, to uważam za dobre aktorstwo.
Przestałem lubić powtarzalność, choć kiedyś to mi się podobało. Byłem studentem, który upatrzył sobie mistrza, czy to profesora Malajkata, czy profesor Mirowską, i chciałem być jak oni. Ta nauka, którą powinniśmy od nich wyciągnąć, nie polega na tym, że mamy być jak oni, tylko trzeba znaleźć w sobie “inność”, która cię wyróżnia i to pokazać na scenie.
A kto jest dobrym aktorem? Pozwolę sobie nie odpowiadać na to pytanie, gdyż sam nie uważam się za dobrego aktora i nie mi oceniać kto jest dobrym aktorem. Mogę tylko powiedzieć co mnie interesuje w aktorstwie.
Wyobraź sobie, że możesz stworzyć swój własny spektakl. O czym o czym by opowiadał oraz jaki byłby to gatunek teatralny?
Ja z tą kwestią bujam się już z 10 lat, ale chyba tego nigdy nie zrobię. Jestem fanem Stephena Kinga i przeczytałem wszystko od deski do deski. Będąc w Stanach, dokładniej w Nowym Meksyku, poszedłem do supermarketu i tam był taki koszyk z przecenionymi rzeczami. Znalazłem tam zbiór 4 opowiadań Kinga, których jeszcze nie znałem, jedno z nich miało tytuł “Rage” (Gniew).
Stephen King zabronił wydawania tego opowiadania, ponieważ jest to historia o chłopcu, który idzie do szkoły z pistoletem, zamyka się w sali, strzela do nauczycielki i rozmawia ze swoimi kolegami w klasie nt. ich problemów, tego co może ich doprowadzić do popełnienia takiego czynu. Po masakrze w Columbine, gdzie dwaj chłopcy strzelali do swoich kolegów, podobno w szafce jednego z nich znaleziono to opowiadanie.
Dorwałem to opowiadanie przez przypadek. Bardzo mnie zaintrygowało. Chciałem przekształcić je w monodram i ”wykorzystać widzów” do tego, żeby na kanwie treści tego opowiadania, stworzyć historię o tym, że mimo, że wydaje nam się, że wiemy jacy jesteśmy, to niektóre sytuacje życiowe mogą doprowadzić do tego, że przekroczymy swoje granice emocjonalne.
Uczniowie z “Rage’a” w pewnym momencie zaczęli opowiadać o swoich problemach, uczuciach i można było z tego wyciągnąć taki wniosek – każdy z nich mógłby być tym, który strzeli do nauczycielki i to mnie interesowało mnie interesowało: dlaczego? Bo na co dzień mamy i zakładamy swoje maski i tworzymy pewien obraz siebie, a gdyby tak ‘poskrobać’ we wnętrzu, to okazałoby się, że znajdzie się rzeczy, których się nie spodziewało. Właśnie taki chciałem mieć monodram, żeby na przestrzeni tego tekstu uświadomić widowni, żeby sobie zadali pytanie czy są pewni siebie i swoich zasad, odruchów? Chciałem uwrażliwić na to, że nie można „spuścić siebie samego z oka” bo odpowiednio sprowokowani możemy dopuścić się czynów ekstremalnych. Pewnie nigdy tego nie zrobię bo nie mam już na to czasu.
Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z dubbingiem?
Dubbing to jest w ogóle najlepsza robota na świecie. Mam nadzieję, że będę mógł to robić do końca życia. Zaczęło się tak, że w moim pierwszym spektaklu mojego ojca grał Grzegorz Pawlak – bardzo znany aktor dubbingowy. Ja zawsze byłem fanem bajek i znałem wiele na pamięć. Podczas zabaw udawałem różne głosy, które podkładałem zabawkom. Zapytałem Grześka, jak można zacząć, i dostałem odpowiedź, żebym poszedł do studia dźwiękowego w Łodzi. Nie było tam zbyt wiele młodych głosów, bo studenci łódzkiej szkoły filmowej chcieli grać głównie wielkie, poważne role w Teatrze Jaracza i takie rozmienianie się na drobne niewielu interesowało. Nikt się nie garnął do tego dubbingowania, a ja chciałem spróbować. Spędziłem w studiu parę lat, dubbingując, później czytałem listy dialogowe. W międzyczasie nauczyłem się warsztatu, bo trzeba było dużo tego robić. Kiedy przyjechałem do Warszawy, nikt mnie nie znał, bo łódzkie produkcje nie docierały w świat, ale przychodziłem do reżyserów i mówiłem: Posadźcie mnie, proszę, przed mikrofonem i zobaczycie: jak nie, to nie, jak tak, to tak. Okazało się, że 80% reżyserów dubbingu posadziło mnie przed tym mikrofonem i ze wszystkimi do tej pory współpracuję, bo gdzieś tam się sprawdziłem w jakimś sensie.
Dubbing to jest coś, co mnie absolutnie pochłania i mogę to robić całymi dniami. Szczęśliwie gardło mi nie siada i mogę pracować bez większych przerw. Mam nadzieję, że będę to robić do końca życia.
