było „Jak w telewizorze” – recenzja ze spektaklu „Złap mnie jeśli potrafisz”

Łódzka produkcja „Catch Me If You Can” to musical o wysokich lotach.
Reżyser Jakub Szydłowski zaprosił do pracy przy tym spektaklu pierwszorzędny zespół aktorski.

Jest coś porywającego w brudnych pieniądzach i przekrętach, historie o charyzmatycznych osobach wyłudzających od ludzi pieniądze mogą być niemal nieodparte dla widzów: to wirtualne wyobrażenie tego, co moglibyśmy zrobić, gdybyśmy zdecydowali, że zasady grzecznego społeczeństwa nas nie dotyczą.

Taki właśnie pęd daje film, w którym Leonardo DiCaprio, tańczył wokół Toma Hanksa. Co więcej, film został oparty na prawdziwej historii.

Film Stevena Spielberga „Złap mnie, jeśli potrafisz” z 2002 roku, został zaadaptowany na Broadway w 2011 roku, z muzyką autorstwa Marca Shaimana i Scotta Wittmana.
Z nominacjami do nagrody Tony. Jest to produkcja wysokich lotów, w której przedstawiona historia jest czasami wyboista, ale w końcu udaje się wylądować.

Ten musical opowiada dziwną, ale prawdziwą historię sprytnego i inteligentnego nastolatka, Franka Abagnale’a Juniora, który, przez rozwód swoich rodziców, porzuca szkołę średnią i staje się wybitnym oszustem, kradnie miliony i lata do różnych miejsc na świecie. Wszystko przed ukończeniem 21 lat.

Ale nawet żółw prędzej, czy później łapie zająca, a skandaliczne przestępstwa Franka przyciągają uwagę zdeterminowanego agenta FBI, Carla Hanratty’ego.

Frank Abagnale Jr (Marcin Franc) ma na swoim koncie karierę pilota, prawnika i lekarza, fałszowanie czeków na miliony dolarów i oczarowywanie dziewczyn od Nowego Jorku po Nowy Orlean — a wszystko to, zanim skończył 19 lat. Nauczył się sposobu myślenia o przekrętach od swojego ukochanego ojca.
Przez rozwód rodziców Frank uciekł do wykreowanego przez siebie świata.
Wszystko wygląda tak, jakby Abagnale Jr, urodził się, by grać w grę zwaną przekrętami, choć po niedługim czasie pojawia się pewien szkopuł: Frank się zakochuje. Nie można ciągle uciekać, jeśli ma się zamiar się ożenić z kobietą swoich marzeń, prawda? Wiemy, jak to się skończy, ale nie serwuję Wam spoilerów.
Marcin Franc jest prawdziwą gwiazdą w roli Franka, wnosząc do tego sympatycznego łobuza właściwą mieszankę śmiałej brawury i chłopięcej wrażliwości.

Postać Franka Juniora ma kilka wyróżniających się numerów i odniosłam wrażenie, że twórcy spektaklu, napisali te piosenki specjalnie (pod warunki wokalne) dla Franca, a ich wykonanie pozostawia opadniętą z wrażenia szczękę.

Istotną częścią tej podróży jest agent FBI — Carl Hanratty (Krzysztof Cybiński), perfekcjonistyczny kujon, który stara się jak może, aby odkryć tożsamość umysłu stojącego za bezczelnymi fałszerstwami na skalę światową. Frank ciągle mu się wymyka, czasem Hanratty jest o włos od zdemaskowania fałszerza. Między tą dwójką bohaterów nawiązuje się bardzo specyficzna, dziwna relacja, która jest inna niż zestawienie policjanta i złodzieja.

W połowie pierwszego aktu widzimy jak centralny związek Franka i Carla w końcu dostaje trochę przyzwoitego czasu scenicznego — ale nie jest pozbawiony uroku, a ta produkcja to pełna ofensywa uroku.

Janusz Kruciński gra ojca Franka, alkoholika, w realistyczny sposób, a jego głos zapewnia, że publiczność nigdy nie traci dla niego sympatii, pomimo jego złego wychowania i nieodpowiedzialnego stylu życia.

Brenda Strong — Anna Federowicz oraz Joanna Gorzała wnoszą zaskakujące niuanse do nieco nieogarniętej życiowo miłosnej partnerki Franka. Zagrane idealnie wieczne spuszczanie głowy byle tylko w oczy nie patrzeć. Uduchowione wykonanie pełnej czułości ballady „Fly Fly Away” wznosi się na wyżyny, stając się muzyczną atrakcją wieczoru.

Obejmująca epokę choreografia napędza spektakl przez jego nieudolne linie i dziwny kształt strukturalny. To sprytny zabieg — nie zwracajcie uwagi na teksty, spójrzcie na członków zespołu, którzy nadają przedstawieniom świadomego, ironicznego zwrotu! (i dzięki Bogu, że to robią — postacie drugoplanowe w tym spektaklu są nierozerwalną częścią scenografii; obsada dba o to, by przez cały czas mieć kontrolę i świadomość siebie w scenach). Zespół wokalno — taneczny angażuje się w swoje role w 110% emocjonalnie i z techniczną finezją. Dzięki temu pełne energii sekwencje taneczne nabierają rozmachu, co jest zasługą Jarosława Stańka oraz Katarzyny Zielonki, których choreografia jest zarówno pomysłowa, jak i nieprzewidywalna.
Piosenki są melodyjne, wykonywane z przyjemnością/ rozkoszą dla ucha przez zespół.

Marcin Franc śpiewa z pierwszoplanową szczerością; Krzysztof Cybiński gra glinę z fascynującym zapałem; Janusz Kruciński wnosi prawdziwy patos do roli ojca Franka; zespół wykonuje zaskakującą gamę postaci drugoplanowych z przymrużeniem oka i najwyraźniej nieskończoną pojemnością płuc (wyrazy uznania szczególnie dla: Justyny Cichomskiej — nie wiedziałam, że to taki talent! Chciałabym, żeby Justyny było więcej w musicalowych produkcjach, bo błyszczy w zespole; Dominika Bobryka — wstawki słowne w kierunku głównego bohatera są mistrzostwem).

W skład scenografii wchodzą głównie: schody, podest oraz subtelnym oświetleniu. Nie jest to jednak duży problem, biorąc pod uwagę, że “Catch Me If You Can” jest musicalem skupiającym się bardziej na postaciach niż na widowisku, a kostiumy są dość żywe i oddają klimat epoki.

“Catch Me If You Can” to zabawna, pełna energii produkcja, a czasami to wszystko, czego potrzebujecie od musicalu. Kawał porządnej profesji. Widać tu ogrom serca, które włożyli w przygotowanie. Spektakl zasługuje na miano hitu kasowego.

Dodaj komentarz