Ferdydurke w Och-Teatrze (reż. Mariusz Malec) to spektakl, który nie pozwala się ukryć w fotelu. Scena ustawiona centralnie, z widownią po obu stronach, sprawia, że widz staje się częścią zdarzeń – wciągnięty w sam środek gry. Tutaj nie ma bezpiecznego dystansu, spojrzenia z boku. Gombrowicz rozgrywa się między nami, na wyciągnięcie ręki.
Scenografia (Aleksandra Żurawska) – minimalistyczna, ale nie surowa – funkcjonuje jak dobrze skrojone narzędzie. Każdy element ma swoje miejsce i zadanie, a prostota odsłania to, co najważniejsze: aktora, tekst i absurd, który pulsuje w tej powieści. W tej przestrzeni rekwizyty zmieniają swoje znaczenia tak, jak postacie zmieniają maski – nic nie jest dane raz na zawsze.
Mistrzem gombrowiczowskiej ceremonii jest Krzysztof Szczepaniak w roli Józia. To kreacja, która łączy nerw i lekkość, groteskę i szczerość, dziecinność i dojrzałość. Jego Józio jest w ciągłym ruchu, zawsze w pół kroku, zawsze zawieszony – i właśnie w tym rozdarciu tkwi siła postaci. Szczepaniak prowadzi nas przez Gombrowicza nie jak przewodnik z mapą, ale jak towarzysz błądzenia – zarażając własnym rytmem i energią.

Ferdydurke to spektakl zespołowy – i tu nie ma słabszego ogniwa. Lidia Sadowa błyszczy – jej obecność elektryzuje scenę, a gra balansuje między subtelnością a drapieżnością. Sławomir Pacek i Robert Czebotar tworzą role pełne wyrazistości, które niosą w sobie jednocześnie humor i cień tragizmu. Maria Seweryn łączy lekkość z pasją, a Tomasz Borkowski imponuje sceniczną precyzją.
Na szczególne wyróżnienie zasługują koledzy Józia: Adrian Brząkała, Sebastian Perdek i Otar Saralidze – ich gra to esencja szkolnego absurdu. Potrafią być śmieszni i niepokojący w tej samej chwili, idealnie oddając groteskę wpisaną w tekst. Dopełnieniem całości są role Małgorzaty Bieli, Marii Kłusek i Philippe’a Tłokińskiego – każde z nich wnosi coś własnego, wyrazistego, dzięki czemu nikt nie ginie w tle.

Cały zespół tworzy harmonijną orkiestrę, w której każdy instrument jest słyszalny i potrzebny. Energia aktorów przechodzi na publiczność, która reaguje żywo – śmiechem, zakłopotaniem, refleksją. To nie jest muzealne wystawienie Gombrowicza, ale świeża, inteligentna interpretacja, która brzmi boleśnie aktualnie.
Przyznam, że w liceum Ferdydurke nie było dla mnie lekturą – nie miałam z tą pozycją żadnej przyjemności. A w teatrze obejrzałam ją z prawdziwą satysfakcją. To dowód, że literatura, która kiedyś nie sprawiała radości, na scenie może zachwycić i uwieść.
Ferdydurke w Och-Teatrze to spektakl prostymi środkami, ale z wielką siłą. Teatr, który bawi i uwiera jednocześnie. Teatr, w którym nie ma miejsca na obojętność.