„Lubię rzeczy, które mają ciężar gatunkowy” – teatralna rozmowa z Przemysławem Glapińskim

Aktor teatralny obdarzony znakomitym głosem, który zaprezentował w interpretacjach piosenek w wielu przedstawieniach Teatru Syrena. W 2000 roku zaraz po ukończeniu szkoły aktorskiej rozpoczął pracę w naszym teatrze. Współpracował również z Teatrem na Woli w Warszawie. Wiesław Kowalski na łamach portalu Teatr Dla Was najnowszą rolę aktora w spektaklu Kariera Nikodema Dyzmy opisał tymi słowami: „Jego psychopatyczny bohater konstruowany jest w dużym stopniu na kontrastach, które dynamiczność furiackich napaści łączą z podstępnym wyciszeniem, szaleńczą wyobraźnię z inteligencją i wielkopańskim honorem.” teatrsyrena.pl

Czym jest dla Pana teatr?
Teatr jest dla mnie drugim domem, czymś, bez czego trudno byłoby mi wyobrazić sobie jakiekolwiek funkcjonowanie. Na dłuższą metę nie wyobrażam sobie, żeby wykonywać zawód aktora bez teatru. Jest to jednak bardzo niewdzięczna część tego zawodu — niewdzięczna, jeżeli chodzi przykładowo o satysfakcję finansową w porównaniu do innych gałęzi aktorstwa. Mimo tego, że jest ona słodko-gorzka, to jest absolutną koroną tego zawodu. Teatr ma tę specyfikę, że wchodzisz w inną rzeczywistość na trzy godziny — czasami dłużej, czasami krócej — i koniec. Cały świat się wtedy dzieje w tym jednym miejscu, wszystko, co się dzieje na scenie, wydarza się tu i teraz, nic nie można powtórzyć ani zmienić. Trzeba się w tym jakoś odnaleźć i tę rzeczywistość kreować, a nie “stop kamera, powtarzamy”, takiego czegoś nie ma. Teatr jest bezlitosny, ale przez to piękny! No i oczywiście kontakt z widzem, bo o tym czasami się zapomina. Po dwumiesięcznym cyklu prób, na krótko przed premierą, przychodzi moment, gdy myślimy: “Jezu! Niech przyjdzie już ten człowiek, niech odda jakąś energię”, bo ta energia jednak cyrkuluje, to jest bardzo namacalne.

Co sprawiło, że wybrał Pan zawód aktora w teatrze muzycznym?
Zrządził tym czysty przypadek. To znaczy Teatr Syrena zawsze był rozmuzykalnionym miejscem, więc to nie jest tak, że dopiero teraz się to umuzykalnianie zaczęło. Z kolei w formie czysto musicalowej to był przypadek polegający na tym, że Jacek Mikołajczyk wygrał konkurs na dyrektora tego teatru, a jak wiemy, jest maniakiem musicalu. Chciał z tego teatru zrobić taką małą perełkę muzyczną w Warszawie. Gdy przyszła pierwsza produkcja – „Czarownice z Eastwick”, poszedłem na casting, wygrałem, no i tak się stało, że cios za ciosem zostałem przy tym typowo muzycznym teatrze muzycznym.

I w ten sposób od 20. lat jest Pan aktorem Teatru Syrena. Czy to Teatr wybrał Pana czy na odwrót?
To jest dłuższa historia. Kończyłem szkołę w 2000 roku. Dzisiaj młodym absolwentom szkół teatralnych trudno jest zabiegać o pracę, ale w tamtych czasach było jeszcze trudniej, naprawdę – nie było wesoło. Ja już wtedy postarałem się o to, żeby moje nazwisko przetrwało i na czwartym roku miałem syna. Byłem bardzo zdeterminowany, żeby gdzieś jednak dostać tę pracę i moje kroki zaprowadziły mnie z Łodzi do Warszawy, a wtedy przebicie się przez jakiekolwiek sekretariaty dyrektorskie graniczyło z cudem. Umówienie się z kimś było prawie niemożliwe. To było trudne, ale udało się. Umówiłem się z Panem Hanuszkiewiczem na spotkanie w Teatrze Nowym, który dzisiaj jest Carrefourem, na ul. Puławskiej. Zaprosił mnie na rozmowę – powiedział, żebym przyszedł na przedstawienie, zobaczył je, a w przerwie między aktami zaprasza mnie do gabinetu, zrobią mi przesłuchanie i zobaczymy, jak to wyjdzie. Poszedłem na ten spektakl i po obejrzeniu pierwszego aktu opadły mi ręce. Pomyślałem sobie: „Jezus Maria, ja mam tu pracować i grać takie rzeczy, to będzie koszmar”, przepraszam śp.. Hanuszkiewicza, ale niestety to przedstawienie było bardzo niedobre. Poszedłem na przesłuchanie, jakoś się ten dzień skończył, miałem dużego kaca moralnego, ale cóż, wybór był właściwie żaden. W międzyczasie zadzwoniła do mnie Barbara Borys-Damięcka, ówczesna dyrektor Teatru Syrena, mówiąc, że była na moim dyplomie i zaprasza mnie na etat. Bardzo się ucieszyłem i od razu “na dzień dobry” przyjąłem tę pracę, a kilka dni później zadzwonili z Teatru Nowego, że też mnie zapraszają, ale odmówiłem, bo już podpisałem nową umowę (śmiech). Tak się tutaj znalazłem, więc po raz kolejny to teatr wybrał mnie. Syrena mnie wybrała w osobie Barbary Borys — Damięckiej.

Ukończył Pan łódzką szkołę filmową na kierunku aktorstwo dramatyczne. Dlaczego musical, a nie teatr dramatyczny?
Jeżeli chodzi o szkołę, to aktorstwo w ogóle nie ma podziału na dramatyczne, filmowe itd. Szkoła filmowa w Łodzi – wtedy Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa Telewizyjna i Teatralna w Łodzi – miała wydział po prostu aktorski. Wtedy jeszcze w ogóle nie było, poza Baduszkową w Gdyni, wydziałów typowo musicalowych, tak jak, teraz gdy chyba przy każdej szkole jest taki wydział. A jeżeli chodzi o wybór musicalu – to jest kolejny czysty przypadek, tak jak w ogóle moja obecność w tym zawodzie. Chociaż tak prawdę mówią, jest w tym całkowicie mój wybór. Moja 20-letnia obecność w Syrenie sprawiła, że moja droga tak się potoczyła, ale to nie znaczy, że nie było zadań typowo dramatycznych. Graliśmy tutaj przedstawienia takie jak: „Dogville” czy „Skazani na Shawshank” i były to czysto dramatyczne role, ale tak jak mówię, przypadek zrządził. Tak jak u Kieślowskiego – wsiadłem do tego pociągu, zdążyłem na niego i jestem, tu, gdzie jestem. Nie narzekam, broń Boże. Oferta i tytuły, po które sięga Jacek Mikołajczyk sprawia, że dramatycznie również można się wyżyć. To, że „next to normal” jest cały zaśpiewany nie zmienia faktu, że to jest przedstawienie totalnie dramatyczne i daje duże szanse na to, żeby aktorstwo dramatyczne znalazło swoje ujście.

Skąd zamiłowanie do musicali?
Jeżeli chodzi o zamiłowanie w ogóle, to towarzyszyło mi dużo dużo wcześniej, niż sama moja obecność w gatunku. Bardzo często powtarzam, że musical ma w sobie tę siłę, która jest nieosiągalna dla teatru dramatycznego. To wszystko za sprawą muzyki, która w połączeniu z jakimś przekazem daje pigułę emocji. Żaden monolog w teatrze dramatycznym nie może się z tym równać. Zawsze mnie to pociągało. Jeżeli chodzi o moją obecność w tym gatunku, to wszystko zaczęło się od tego, że ktoś mi pokazał Bruno Pelletiera śpiewającego utwór “Księżyc” ze spektaklu “Notre Dame de Paris”. Po wysłuchaniu zrodziło się we mnie pragnienie, żeby też śpiewać takie utwory i to był chyba taki punkt zwrotny. Problem Warszawy polega na tym, że dotychczas mieliśmy tylko i wyłącznie Teatr Muzyczny ROMA, a to mocno ogranicza z racji specyfiki pracy ROMY, która jest bardzo zachłanna na swoich aktorów. To sprawia, że ze swojego zamiłowania do musicalu nie można od razu zrobić użytku. Koniec końców, udało się. Musicalowe marzenie, wymarzona rola? Dotychczas myślałem, że nie mam czegoś takiego, bo w każdym z zadań, z którymi przyszło mi się zmierzyć, było coś bardzo fajnego i interesującego, i w każdym kolejnym można coś takiego znaleźć. Niedawno na kanale YouTube Teatru Syrena był dostępny mój mini koncert pod tytułem “Niebezpieczna gra”, który trzeba było poprzedzić jakimś researchem. Wtedy wpadłem na dwie rzeczy, które mnie absolutnie rozwaliły i bardzo by mi się marzyło, aby móc kiedyś w nich wystąpić. Pierwsza to spektakl “Hadestown”, to moje odkrycie, trochę spóźnione, wiem, ale to jest genialny musical, a druga też jest cudem absolutnym – “The Bridges of Madison County”, więc te dwie rzeczy wymieniam jako swoje marzenia.

Jaki powinien być aktor?
Odpowiadając na przeciwność tego pytania często mówię, że aktor to nie jest zawód dla dorosłego mężczyzny (śmiech). Wychodząc z tego punktu należałoby założyć, że aktor cały czas musi mieć w sobie wewnętrzne dziecko, być otwartym, pobudzającym cały czas swoją wyobraźnię. Na pewno musi się wyzbyć wszelkiego wstydu — to może być bardzo pomocne dla aktora, a to jest szczególnie trudne, kiedy ktoś jest bardzo młody i to, że ktoś się wstydzi, często widać na scenie. Ta praca polega na tym, żeby się zupełnie obnażyć i żeby się tego nie wstydzić. Aktor to jest ktoś, kto ma bardzo dobrą intuicję. Ja przynajmniej nie lubię rozkminiać i rozmyślać. To znaczy oczywiście, jest taki moment, kiedy to jest konieczne, ale potem trzeba się rzucić w ten świat, tak jak ci podpowiadają intuicja i emocje. Istotne są jeszcze takie sztampowe rzeczy jak wrażliwość i dobrze, żeby aktor miał talent, by nie zawracać głowy widowni jego brakiem (śmiech). Musi lubić ludzi, bo z nimi musi pracować, to jest jednak praca zespołowa. Warto, żeby mimo wszystko był pokorny, to też jest ważne, ponieważ jest wielu bardzo zdolnych ludzi, których pycha i przeświadczenie o własnej wielkości bardzo gubi. Ktoś, kto uwierzył, że już wie wszystko, właśnie skończył swój rozwój i pewną pracę twórczą. To takie podstawowe cechy, które przychodzą mi “na dzień dobry” do głowy.

Wrześniowa premiera Teatru Syrena – “Rock of Ages”, gra Pan Lonny’ego. Co było podstawą do stworzenia tej postaci?
Ten spektakl to totalne szaleństwo! Mocno wychodzimy tam poza scenariusz i niestety muszę z zażenowaniem przyznać, że w Lonnym jest bardzo dużo mnie, taka prawda. Te wszystkie głupie żarty, głupie teksty – to jest po prostu moje poczucie humoru i tyle (śmiech). Jeżeli chodzi o fizyczność, bo warto kogoś czasami podejrzeć, to nie szukałem jakoś bardzo głęboko. Miałem w pamięci obraz podupadłego gwiazdora rocka — Billy’ego Macka z filmu “To właśnie miłość”, ale jest tego tak naprawdę niewiele w Lonnym. W większości to po prostu jestem ja, trudno.

Widz odnosi wrażenie, że “Rock of Ages” jest spektaklem improwizowanym. Czy to prawda, czy w miarę trzymacie się scenariusza?
Sporo jest improwizacji, ale też jest sporo rzeczy, które zostały z prób — była masa różnych dowcipów, bardziej lub mniej czerstwych, które podrzucałem, i część z nich została z nami na stałe w scenariuszu. A co do części Jacek Mikołajczyk — reżyser, dyrektor — mówił: “błagam cię, tego nie mów” (śmiech). To jest kompromis improwizacji w trakcie prób, tego, co z tego zostało, oraz tego, co się dzieje każdego wieczora. Generalnie trzymamy się ustaleń, to jest przedstawienie muzyczne, więc nie do końca można sobie pozwolić na to, żeby gdzieś odpłynąć. Chyba że w tym króciutkim monologu Lonny’ego w drugim akcie – tam rzeczywiście hulaj dusza!

“next to normal” to kolejny spektakl, w którym gra Pan główną rolę – Dana Goodmana. Łatwo jest wejść w skórę osoby, która ma ciężki i niełatwy bagaż emocjonalny, a przy tym codziennie musi wspierać swoją cierpiącą na chorobę dwubiegunową żonę?
Nie chcę zabrzmieć przesadnie poważnie, ani zapowiedzieć, że mam jakieś życiowe kłopoty. Mam 43 lata, jakiś tam bagaż życiowy, wiele różnych doświadczeń i to daje punkt wyjścia, żeby się odnieść do tego, co może przeżywać Dan, jako głowa rodziny — sam jestem głową rodziny, wiem, jakie to jest ciężkie i odpowiedzialne, z jakimi emocjami może się łączyć. To, że jego żona ma chorobę dwubiegunową, czy po prostu mają inne poważne problemy np. finansowe, to już jest kwestia nadania temu jakiegoś ciężaru gatunkowego. Czy łatwo, czy trudno? Jeżeli założymy, że nie boimy się obnażyć i mamy w sobie odwagę, to to nie jest trudne, ale musimy po prostu zdecydować się na to, żeby wpuścić widza w swoją dość sporą intymność.

Z tego co wiem, to Dan na początku zdawał się być niezbyt wymagającą postacią, jednak podczas prób zaczął się otwierać. Kiedy ukazała się jego prawdziwa twarz?
To wyszło, w trakcie bardziej zaawansowanego etapu prób, kiedy całość historii była już prawie zamknięta i robiliśmy dłuższe fragmenty na raz. Przyszła wtedy szansa na to, żeby te emocje urosły i nabrały jakiegoś przelotu. Nagle okazało się, że nie można przejść spokojnie wobec jakiejś sytuacji i wyjść na idealnego ojca, czy męża, bo po prostu wewnętrznie i intuicyjnie czujemy, że to już przekracza wszelką granicę wytrzymałości każdego człowieka, nawet idealnego — jeżeli taki istnieje. Ktoś, kto to wszystko znosił, przez tyle lat trzymał wszystko razem, na pewno nie jest człowiekiem miękkim i delikatnym. To musi być ktoś naprawdę silny i z charakterem.

Gra Pan w spektaklach dla dzieci i dla dorosłych. Który widz jest bardziej wymagający?
Mówi się, że dzieci to bardziej wymagający widz. Coś w tym jest, bo jeżeli nagle słychać szeleszczące papierki i trzeszczące fotele to znaczy, że coś nie działa. Dziecko jest bezwzględne i nie ma litości, w skrajnych przypadkach lecą groszki — na szczęście nie u nas, ale koledzy opowiadają o różnych przedmiotach lecących na scenę. Dorosły widz nie da tak od razu poznać po sobie, że się nudzi – on się przemęczy.

Czy na ten moment potrafi Pan, spośród wszystkich zagranych ról, wskazać swoją ulubioną?
Lubię wszystkie rzeczy, które mają ciężar gatunkowy. Z obecnie granych to Dan – ledwo odbyła się premiera i już pojawiła się myśl, że to przecież zejdzie z afisza i co wtedy? Trudno będzie trafić po raz kolejny na taki wartościowy tytuł jak “next to normal”. Dlatego jestem ciekaw, co będzie z “The Bridges of Madison County” – do końca świata i jeden dzień dłużej będę wiercił dziurę w brzuchu, żebyśmy uzyskali możliwość wystawienia tego spektaklu. Mam nadzieję, że się uda. Bardzo polubiłem Atosa z “Trzech muszkieterów” we wrocławskim Teatrze Capitol. Atos jest czarną chmurą, która przelatuje nad Paryżem ze swoim dramatem i pijaństwem. Lubiłem też Chucka z “Dogville” też dlatego, że był ciężki i mroczny.
Reasumując, lubię wszystko, co jest kontrą do mnie samego (śmiech).

Czy jest coś, co łączy wszystkie grane przez Pana postacie?
Tak, to jestem ja (śmiech). Staram się, żeby każda z postaci na pewno miała jakieś takie wahnięcie. Przykładowo Gomez, który jawi się jako radosny i beztroski, nagle podczas jednej sceny z córką traci tę maskę, ona znika. Podobnie jest z Darrylem, chociaż u niego ten punkt złamania jest wpisany do scenariusza. Chodzi o to, żeby nie iść na łatwiznę, bo chociażby Dan jest łatwo napisany – on płynie przez tę akcję, będąc dobry, fajny, opiekuńczy. Staram się tych bohaterów jakoś złamać, skrzywić w tę, czy inną stronę. Mam nadzieję, że udaje mi się to łączyć. Nie wiem, ile miejsca było na to w Lonnym (śmiech), ale to już inna historia.

Po skończonym spektaklu powrót do rzeczywistości jest dla Pana łatwy, czy potrzebuje Pan chwili na to, by się wyciszyć i spuścić emocje?
Są łatwiejsze i trudniejsze historie. “next to normal” jest najtrudniejszą rzeczą do oczyszczenia się, ale z drugiej strony ten spektakl sam w sobie jest tak oczyszczający, że to nie jest jakoś szczególnie obciążające dla mnie. Niekiedy jeszcze idzie za mną echo tego spektaklu, ale wracam do domu, gdzie są dzieci, jest pies, no i jakoś to schodzi ze mnie. Nie mam problemu z pospektaklowym oczyszczeniem. To nie jest tak, jak niektórzy opowiadają o jakichś takich zejściach wręcz śmiertelnych.

Oprócz zaangażowania w teatr, bardzo czynnie bierze Pan udział w produkcjach dubbingowych. Co jest bardziej wymagające: praca samym głosem czy praca głosem i ciałem?
Jeżeli chodzi o trudność, to odpowiedź jest łatwa — teatr jest znacznie trudniejszy. Nie tylko dlatego, że dochodzi dodatkowe narzędzie w postaci naszego ciała, które musimy jakoś ogarnąć, ale jest trudniejsze z natury. W dubbingu mamy mikrofon, kameralne środowisko, tekst przed sobą, obrazek — czyli ktoś jakąś pracę wcześniej wykonał i teraz się trzeba do niej dopasować, żeby oddać ten charakter. Dubbing jest znacznie łatwiejszy, chociaż też ma swoje trudności. Wymaga refleksu, intuicji, dobrego słuchu muzycznego itd., ale jest bardzo satysfakcjonującą rzeczą.

Czy ma Pan swoją ulubioną rolę dubbingową?
Czy mam coś ulubionego? Trudno mi powiedzieć. Bardzo lubię gry, bo w nich jest dużo trudnych rzeczy, których w bajkach dla dzieci, czy w filmach dla młodzieży nie ma, bo nie są to odpowiednie rzeczy dla nich. “The Last of Us Part II” to jest naprawdę ciężka, fabularna historia, de facto dla dorosłych, gram tam Manny’ego. “Uncharted 4: Kres złodzieja”– Rafe Adler, też go lubiłem. Bardzo lubię Steve’a z “Brickleberry” – to był taki serial na Comedy Central, można go gdzieś w sieci obejrzeć. Animacja dla dorosłych, przy której “Miasteczko South Park” jest bajką dla małych dzieci. Jeżeli chodzi o humor, to tam jest wszystko, co sobie można wyobrazić – i to podwójnie. Wszystko, co najgorsze na świecie, jazda po bandzie, dno dna. Uwielbiałem to robić. Nagrania to była trzygodzinna sesja: godzina śmiechu, dwie godziny nagrań. Ostatnio na Netflixie była premiera filmu o Eurowizji (“Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga”). To było dosyć zabawne, można się było pośmiać z całej instytucji Eurowizji, ale w takim fajnym klimacie tych islandzkich elfów. Wcześniej, też na Netflixie, była premiera filmu „Rodzeństwo Willoughby”, grałem tam narratora — Kota – w oryginale robił go Ricky Gervais, więc to też dodało jakiś walor. Tych ról dubbingowych było bardzo dużo i trudno mi powiedzieć co było najfajniejsze.

Dziękuję za rozmowę!

Dodaj komentarz