Absolwentka krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Wychowanka Sławy Przybylskiej. Już w czasie studiów występowała na deskach krakowskich teatrów.
W Warszawie zadebiutowała w musicalu „Złe zachowanie” Andrzeja Strzeleckiego. Występowała w wielu spektaklach m.in. w Teatrze Kwadrat, Teatrze Komedia, Teatrze Muzycznym ROMA, Teatrze Rampa i Teatrze Syrena. Wystąpiła też w wielu filmach i serialach. Zdobyła Złotą Płytę za album „Leopold Kozłowski i przyjaciele” w językach jidisz i polskim. Jest dwukrotną laureatką Nagrody Publiczności na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu i nagrody Telekamery 2011 i 2012 w kategorii „Aktorka”. Na Festiwalu im. Agnieszki Osieckiej otrzymała Nagrodę Publiczności, Dziennikarzy i Nagrodę Prezydenta Miasta St. Warszawy.

Zapraszam serdecznie do lektury wywiadu z Panią Katarzyną Zielińską.
Skąd pomysł na to, by zostać aktorką?
Od dziecka uwielbiałam konkursy recytatorskie, czy monodramów, ale w tym czasie zupełnie nie wiązało się to z zamiarem bycia aktorką. To był dla mnie taki piękny dodatek do nauki. Zwyczajnie zakochałam się w całym tym świecie. Dodatkowo kiedy już byłam w liceum w komisjach konkursów zasiadali artyści, m.in. pani Sława Przybylska, pan Jan Nowicki, Jerzy Fedorowicz. To między innymi oni namawiali mnie, żebym podeszła do egzaminów do szkoły teatralnej. Wiedziałam, że aktorstwo to trudny zawód i nie byłam pewna, czy powinnam go uprawiać, więc zdecydowałam się równolegle zadawać do szkoły teatralnej oraz na handel zagraniczny i ekonomię. Stwierdziłam, że jeśli nie dostanę się na PWST, to będzie znak, że mam robić coś innego w życiu.
Przygotowując się do rozmowy znalazłam ciekawą wzmiankę, że jest Pani „wychowanką Sławy Przybylskiej”. Czy to „wychowanie” miało wpływ na Pani rozwój w aktorstwie? Jeśli tak, to w jaki sposób?
Sława fascynowała mnie pod każdym względem, w tym niezwykłego talentu i tego, że śpiewa przepięknie w języku jidysz. Bardzo podobało mi się takie jej odizolowanie, samotność twórcza. Podobało mi się też, że ona przez całe życie się uczyła np. w wieku 60. lat zaczęła naukę języka hiszpańskiego. Uwielbiała podróże, uwielbiała czytać o różnych krajach, o aktorstwie, o sztuce — stąd ta fascynacja muzyką żydowską i związek z Izraelem. Zaproponowała mi przepiękną drogę artystyczną. Podczas ferii zimowych czy wakacji jeździłam do niej do domu, gdzie, oprócz tego, że uczyłam się poezji, wspólnie czytałyśmy różne książki, czy uczyłyśmy się np.: co i jak jeść przy stole, jak gotować, jakich przypraw używać to było bardzo fajnie. Nadal mamy kontakt, dzwonimy do siebie i wzajemnie sobie kibicujemy.
Podczas studiów występowała Pani na deskach krakowskich teatrów, głównie w spektaklach muzycznych i musicalach. Proszę powiedzieć, czy potrafi Pani wskazać rolę, w której mogła Pani w 100% zaprezentować umiejętności zdobyte w PWST?
Na pewno była to rola Haji w moim spektaklu dyplomowym na deskach Teatru Ludowego w Krakowie. Był to musical – bardzo piękny i wzruszający. Przydały mi się wtedy nie tylko wszystkie zajęcia ze scen dramatycznych, ale też zajęcia z muzyki, jeszcze ze szkoły średniej, a także późniejsze – ze śpiewu w szkole teatralnej i zajęcia z języka jidysz, ponieważ musical był śpiewany również w tym języku. Przydała mi się też cała choreografia.
To była kwintesencja tego, co mi się marzyło uprawiać w życiu – że będą to spektakle muzyczne, musicale i połączenie aktorstwa, muzyki i języka jidysz. Do tego na tej małej scenie w Teatrze Ludowym, czyli w samym sercu Krakowa, przy Rynku Głównym, wisiał plakat z twarzą moją i Marty Bizoń. To było dla mnie naprawdę wzruszające i bardzo dziękowałam losowi, że dostałam taką propozycję, że mogłam podczas studiów stanąć na profesjonalnej scenie i być oglądaną przez publiczność. A w związku z tym też ocenianą – tak, jak to dalej w moim aktorskim życiu miało wyglądać. To nie był wyimaginowany świat, jak w szkole teatralnej podczas egzaminu, gdy przed sceną zasiada komisja. Tam mogłam się codziennie sprawdzać — to już była praca w zawodzie.
Przeniesiemy się teraz do Warszawy. Gra Pani między innymi w Teatrze Muzycznym ROMA w spektaklach, których jest Pani współproducentem. Skąd Pani czerpie inspirację do tworzenia własnych spektakli?
Lubię jeździć po świecie i odwiedzać różne teatry. Czasem czytam o czymś w internecie, ktoś mi podrzucić jakiś inspirujący lub spodoba mi się jakaś muzyka, twórca. Dużo rozmawiam też z reżyserami, z którymi droga artystyczna dobrze mi się układa. Jednym z nich jest Łukasz Czuj. Ma bardzo bogatą wyobraźnię i surrealistyczne poczucie humoru w stylu Monty Pythona. Myślę, że nadajemy na tych samych falach. W trakcie tych licznych rozmów dyskutujemy nad spektaklami, które moglibyśmy wystawić. Tak naprawdę, gdyby nie pandemia, byłabym pewnie w trakcie produkcji kolejnego spektaklu – mojego kolejnego marzenia. Tym razem będą to piosenki polskie – i na razie tyle tylko zdradzę.
Czuję, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. – Jeśli bardzo o czymś marzę, prędzej czy później spełniam to. Choć czasem naprawdę mam pod górkę. Kiedy marzyłam o spektaklu “Nowy Jork. Prohibicja” – pomyślałam sobie, że dogadam się z tymi Amerykanami i znajdę spadkobierców praw itd. Wiedziałam, że to jest jak porywać się z motyką na słońce, ale się udało. Teraz wchodzimy z tym spektaklem na Dużą Scenę w Teatrze Muzycznym ROMA, więc też jest pięknie – dla mnie to jest wyzwanie i mam nadzieję, że to się uda i że faktycznie zagramy.
W Warszawie zadebiutowała Pani w spektaklu „Złe zachowanie” w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego. Jak Pani wspomina swoją rolę w tym spektaklu?
To była fantastyczna sprawa! Kolejna taka życiowa niespodzianka. O przesłuchaniach powiedziała mi Mela Koteluk – zachęciła mnie, bym przyjechała z Krakowa do Warszawy na casting. Pamiętam, że na przesłuchanie do pana Andrzeja wchodziłam bardzo późno w nocy. Wytrwałam, dałam z siebie to co najlepsze i… dostałam się. Dostałam się do fantastycznej grupy młodych ludzi. Dla mnie to było niesamowite, że będzie nas reżyserował Andrzej Strzelecki, że Marek Stefanik będzie robił muzykę, że będziemy grali na scenie Teatru Viva Art, gdzie teraz znajduje się Teatr 6. Piętro. Pamiętam te wszystkie przygotowania, próby, choreografie, utwory na dziesięć głosów — to było trudne, skomplikowane. Buzowały we mnie różne emocje i pamiętam, że nie czułam się jakoś idealnie – walczyłam z nadwagą i kompleksami, ale to było dla mnie prawdziwe wyzwanie. Pamiętam, że potem na widowni zasiadały znane twarze, i że pół Warszawy zeszło się na premierę . Dla mnie to było jak sen.
Zawsze wychodzę z założenia, że na pewno coś dobrego mnie spotka – jak nie dzisiaj, to jutro, czy za miesiąc, i że ponownie będę się cieszyć jak małe dziecko. To był jeden z takich fajnych dla mnie momentów, spełnienie snów.
„Komedia o napadzie na bank” w Teatrze Komedia. Czy rola w tym przedstawieniu jest wymagającą, a może jest to rola dająca pole do popisu?
Oj tak, ta role daje pole do popisu. To jest takie właśnie absurdalne poczucie humoru, które uwielbiam. Ten typ teatru, bo daje dużą wolność i możliwość improwizowania,
kombinowania — oczywiście na napisanym tekście, nie jest to improwizacja. Fajne jest też to, że teatr wyznacza pewne granice, że jak człowiek trochę przegnie w drugą stronę, to przestaje być śmieszne i wtedy traci charakter dobrej komedii.
A propos komedii, to mam w swoim życiu szczęście do mistrzów Jerzego Bończaka, Tomka Dudkiewicza, Marcina Sławińskiego czy (jeszcze w Krakowie) – Janusza Szydłowskiego w „Wieczorze kawalerskim”. To oni nauczyli mnie, że jeżeli komedia dla nas jest śmieszna, to znaczy, że jest już źle. Musimy je grać na serio, ale wiedzieć, jak je odpowiednio „dosmaczyć”. Te komedie nie powstają w 5 minut, powstają nawet dużo dłużej, niż spektakle dramatyczne, i wymaga się w nich niesamowitej precyzji. Tej precyzji uczyłam się przez lata.
Właśnie, bo widzowi wydaje się, że to spektakle dramatyczne są trudniejsze i wymagające, a komedie to łatwe spektakle. Prawda jest jednak trochę inna.
Niestety, teraz powstają też komedie robione w 5 minut. To niestety widać, ale taka „konkurencja” psuje „rynek” . Może i łatwo zrobić dobry plakat i trzy dublury, żeby na plakacie było dużo nazwisk. Jednak sztuki nie powstają w 5 dni i zawsze produkując swoje spektakle walczę o godziny, dni prób, żeby robić to “po bożemu”, żeby to było setki razy przepróbowane, żeby uszyć stosowne kostiumy, żeby nic nie było przypadkowe.
W spektaklu „Dajcie mi Tenora!” wcielała się Pani w postać Marii. Przeczytałam, że Pani bohaterka jest żoną głównego bohatera i jest wobec niego podejrzliwa w kwestii wierności małżeńskiej. Jak Pani wspomina tę rolę?
Była to mała rola, ale musiałam się do niej nauczyć mówić po włosku i to tak, by móc w tym języku odpowiednio wyrażać zdecydowane emocje, na przykład zdenerwowanie – to było bardzo ciekawe. Korzystałam tutaj z porad mojego dobrego znajomego Pasquale’a, rodowitego Włocha. To on uczył mnie różnych włoskich powiedzonek, a zwłaszcza wymowy. Szczerze mówiąc – była to trudna nauka. A potem musiałam przecież dołożyć do tego emocje. Uczyłam się tego tak, bym, obudzona w nocy, mówiła to jak pacierz, by potem móc płynnie operować tym w spektaklu, używać tych słów jak przerywnika.
Grałam w bardzo dobrym i miłym towarzystwie, bo tytułowego Tenora grał Olaf Lubaszenko. Olaf jest niezwykle utalentowanym aktorem, ale też bardzo zabawnym facetem. W związku z tym, że ja jestem cichym “gotowaczem” na scenie czasami naprawdę ciężko mi było czasami patrzeć mu w oczy (śmiech).
To jest spektakl, w którym moją rolę traktowałam jako tzw. “rolę dyrektorską”, polegającą na tym, że wchodzi się na początku i na końcu, albo na samym końcu. Piękną przygodę roli dyrektorskiej miałam też w spektaklu “Konserwator” w Teatrze Komedia ,w towarzystwie Marysi Pakulnis i Janka Jankowskiego. Wchodziłam na samiutkim końcu i “zamiatałam” wszystko w ostatniej scenie, a wtedy akcja się rozwiązywała. Bardzo piękny spektakl. Czasem przyjemne są takie role dyrektorskie, gdzie wchodzisz na chwilę, robisz dużo bałaganu i schodzisz.
Co według Pani stanowi istotę aktorstwa?
Duża pokora w pracy. Świadomość tego, trzeba znaleźć czas, by skupić się na roli i totalnie jej poświęcić. Trudno jest zrobić kilka ról na raz, chociaż teraz są takie czasy, że występujemy w teatrze i jesteśmy na planie zdjęciowym. Natomiast jak już robię spektakl, dbam o to, żeby mieć czas stworzyć postać, dać jej serce i duszę. Począwszy od tego, by tekst był dostosowany, zaadaptowany do danej postaci, aby on dobrze w nas siedział i dobrze brzmiał. Dochodzi do tego współpraca z kostiumografem, bo kostium też tworzy postać. W serialu “Zawsze warto”, gdzie grałam Dorotę, stworzyłam sobie niewygodny kostium, którego bardzo nie lubiłam i źle się w nim czułam — po prostu mnie to wszystko ograniczało, ale to mi tworzyło też rolę.
Jaki powinien być dobry aktor?
Aktor powinien iść zgodnie ze swoim sercem, kierować się tym, co chce robić i w czym się czuje dobrze. Nie ma lepszych i gorszych aktorów. Aktorzy musicalowi nie są gorsi od tych, którzy grają w spektaklach dramatycznych. Dobry aktor to jest aktor, który uprawia swój zawód na 100% i, jeśli już coś robi, to od początku do końca. Nie wchodzi w swoich butach na scenę, tylko jest w butach postaci, i jak odczuwa zmęczenie po przyjściu do domu, to znaczy, że to był dobry spektakl.
Teatralne marzenia?
Na pewno chciałabym zagrać w teatrze rolę dramatyczną— sprawdzić się w niej. Moim marzeniem jest też kolejna produkcja na wymarzonej scenie, z wymarzonymi aktorami. Chcę uprawiać ten zawód do późnej starości. Spotkać na swojej drodze twórczych i inspirujących ludzi, z którymi się dobrze czuję tak na scenie, jak za kulisami.
Teatralnym marzeniem jest też to, by teatry za kulisami wyglądały tak, jak wyglądają np. w Teatrze Muzycznym ROMA z panią Czesią, czy też w Teatrze Komedia z garderobianą Kasią. To są takie momenty, które zapisuję na swoim “dysku”, wspaniałe chwile. Ten zakulisowy świat z tymi ludźmi – ludźmi z obsługi techniki, inspicjentami – to naprawdę piękny świat i chciałabym jak najdłużej w nim uczestniczyć. I mieć te wyzwania, że mogę co któryś wieczór iść do teatru i ukłonić się przed widzami — to jest niesamowite uczucie.
Moim teatralnym marzeniem jest również mieć na swoim koncie jeszcze wiele premier — uwielbiam te dni. To jest takie przepiękne wydarzenie choć zjadają mnie nerwy. Marzę, by wystarczyło mi na to sił i takiego powera do działania, dzięki któremu niemożliwe przemieniam w możliwe.
Dziękuję za rozmowę!